MROZU - ZEW recenzja płyty

Nowa płyta #mrozu #zew jest tak genialna, że postanowiłem o tym napisać cały artykuł. Przy tej jednak okazji wspomnę, na jakie smutne rzeczy trafiłem w internecie i dzięki temu, jak bardzo doceniłem artystyczny, muzykalny i przede wszystkim tekściarski album, do tej pory, bądź co bądź, popowego artysty.

Nowości muzyczne

Bardzo cieszy mnie informacja, że lubiany przeze mnie artysta wydaje płytę. Jednak nowe nie zawsze oznacza lepsze. Jestem zdania, że artyści powinni robić muzykę dla siebie. Jeśli czują to, co grają i współgra to z moim humorem, poczuciem estetyki i tekst jest dla mnie praktyczny – uważam, że cel jest spełniony. Jednak zdarzyć się może, że artysta poleci w takim kierunku, w którym zostawi jakąś część swoich fanów, a przykuje uwagę nowych. Lubię być zainspirowany i kiedy muzyka pobudza we mnie iskierkę energii. Zanurzam się więc w nowym dziele i upajam się procesem twórczym. Myślę, co zrobił muzyk, żeby tak na mnie zadziałać. Niestety, natykam się dosyć często na rozczarowujące utwory muzyczne. 

Wspominałem Wam już chyba, że mam SPOTIFY, prawda? No więc, kiedy natknąłem się na utwór o enigmatycznym tytule : „Llama in my living room” – poczułem bardzo dziwne ciarki obrzydzenia. Pomyślałem, że artysta Aaron Chupa ma swoich fanów za idiotów. Po chwili jednak zdałem sobie sprawę, że to ten sam zabieg, co mnóstwo znanych na całym świecie hitów, które są tak głupie, że aż śmieszne i pokazywane innym w stylu: „Hej, widziałeś to beznadziejne gówno? Śmieszne…”.

Tak było chociażby z utworami koreańskiego artysty PSY, albo niewiadomo czyj utwór „What the fox say”. Takie utwory nie wnoszą przecież żadnej treści, ale rytm, proste hasła wkręcają się masom do głowy i ta głupkowatość, która „odpręża” – powoduje, że stają się międzynarodowym hitem. I tak myślę, że to spoko. Bo mało znany album nawet popowego artysty to wyznacznik dobrego, gatunkowego dzieła.



ZEW

Zaznaczę najpierw od tego, że jeśli znasz tego człowieka od strony piosenek „Miliony monet”, „Rollercoaster” albo „Tysiąc metrów nad ziemią” – to wygląda na to, że znasz go tak samo jak ja go znałem przed przesłuchaniem tej płyty. Słabo. Bo to dobry wokalista i muzyk. Cholernie dobry producent. 

Wspomnę o tym, że na facebooku widziałem akcję promocyjną tego albumu. Pisano tam, że to będzie zupełnie nowy styl muzyczny. 

Przesłuchałem tej płyty za pierwszym razem od deski do deski i przypomniałem sobie, dlaczego lubię posłuchać czasami bluesa. Potem pomyślałem: „Hej, przecież to płyta i piosenki Polaka! Wow! To Mrozu? Szacun”. Przejdźmy więc do analizy. Pierwszy utwór DUCH – był dla mnie niesamowity z kilku powodów. Piękne rozpoczęcie albumu. Niesamowity klimat i, co dla mnie najważniejsze, storytelling. Prosta i krótka historia śle prozaiczne przesłanie: „to, że coś wygląda na jedno, nie musi takie w istocie być”. Pięknie. Styl od razu do mnie przemówił, rezonował słownictwem z moim językiem. Trafiło to do mnie i naprawdę polecam pochylić się nad treścią.

Kolejny utwór nie przemówił do mnie na początku za bardzo, ale być może to kwestia moich uprzedzeń i za jakiś czas zrozumiem go lepiej. Muzycznie jednak, jak zresztą cała płyta, jest bardzo dopracowana i to czysta przyjemność być w taki sposób obsłużonym. Sama konwencja szukania sensu przez tak zwane pierwotne, podstawowe instynkty to bardzo ciekawa sprawa, a ten utwór przez wiele metafor pozwala na osobistą interpretację. Przesłanie tego utworu wypowiada gdzieś w tle krzyczący głos: „Wróć do źródła”. Bardzo przyjemnie. 

I teraz jest MGŁA.

Aż mam ciarki na plecach. Jak przyjemnie pływać przy niemal hip-hopowym bicie. Nalejcie sobie podwójną whisky i zasiądźcie wygodnie w fotelu. Jest urwane szarpnięcie na elektryku, dźwięk zapalanego papierosa, elektroniczne efekty w tle i szum padającego za oknem deszczu. Wyobrażam sobie ciemne, puste pomieszczenie, w którym człowiek rozmyśla nad stratą kogoś bliskiego. Patrzy na „to samo pianino” i pyta „o co chodzi”. Nim się orientujesz, już otacza Cię mgła, która „zabija” głównego bohatera. Kończycie w pięć minut podwójną rudą i czujecie jak ciężko przełknąć stratę. Znowu metafory trafiają wprost w moje serce i bardzo łatwo utożsamić się z tym facetem po przejściach. Szczególnie porusza głos rozpaczy w ostatnim wykrzyczanym refrenie, a potem wyciszająca solówka na gitarze. Szacun #mrozu!

Przenosimy się na Jamajkę. Coś w stylu rasta/regge rytmy dają odetchnąć i trochę uśmiechnąć się do ‘losu, który choć daje w pysk’, daje frajdę. Kilka przemyconych myśli, z którymi łatwo jest się utożsamiać. PRZELOT oraz następny utwór REWOLUCJE są chillowe i przyjemne. Potem ciężki i w dużym tempie zagrany PLAN B jest bluesowym, głośnym protestem. Przynajmniej w moich uszach tak to brzmi. Nadal wysoki poziom muzyczny, super perkusja i gitara elektryczna. 

Hip-hopowe zapędy przykuwają uwagę najbardziej w utworze ASTEROIDA, który na swoim początku używa krótkiego sample’a z utworu House Of Pain - "Jump Around". Jak znacie kawałek od razu rozpoznacie, o jaki dźwięk chodzi. Pomimo innego tempa utworu nadal świetnie to się komponuje w całej płycie, która jest cierpliwa, ale o tym powiem w podsumowaniu. 

NIEŚMIERTELNI. Główny singiel promujący płytę jest naprawdę wspaniały. Tutaj melodia, która nadaje się do tańca w latach czterdziestych, czysty głos, elegancki przekaz – wszystko gra, liga światowa. Pięknie skomponowany utwór. Fantastyczne trąbki. Słowem - rewelacja.  

HOUSTON to moim zdaniem nadal mocny blues, który w całości daje czegoś innego po NIEŚMIERTELNYCH. Mimo to uważam, że to najsłabszy punkt tak genialnej płyty. Musiałem się do czegoś przyczepić więc zwyczajnie uważam, że  po prostu najsłabsza albo dla mnie najmniej pasująca piosenka. Nie zmienia faktu, że pasuje do całości bardzo dobrze. Ma pazur, dodaje pozytywnej energii.


(nie ma nikogo takiego) JAK TY. Ciarki na plecach. To jedno z najlepszych wyznań o tym, że się kogoś kocha, ale jest mu z nim ciężko, jakie w życiu słyszałem. Któż tego nie zna i jak bardzo przystępnie podany jest ten temat. Super. Tylko ten refren przywodzi na pamięć kawałek zespołu Awolation – Sail, nie uważacie? ;) 

Szerokie wody. Znowu ciarki. Najlepsze na koniec. Blues w czystej postaci. Solówka gitarowa, perkusja i rozliczanie się z przeszłością i walka z teraźniejszością. Piękne wyznanie do bliskiej osoby, od której oczekujemy, aby stanowiło to czym woda w istocie jest – niezbędna do życia, napędzająca młyn i oczyszczająca z syfu. „Wpłyń na mnie” to wyznanie miłości, w której chcemy obopólnych korzyści w związku. Wzruszająca prośba pełna głębokich metafor. Wykrzyczane „ugaś mnie” porusza najgłębsze moje struny wrażliwości. Dobry związek pozwala wyruszyć na szerokie wody, ale nadal to będzie obcowanie z tą wodą i oczekujemy od niej, by stanowiła wsparcie.



Jaka jest ta płyta?

Cierpliwa. To 43 minuty opowiadania o ważnych dla autora sprawach. Przy czym nie ma pędzenia z tekstem ani wyskakiwania z fajerwerkami w refrenach. Wręcz bym powiedział, że najważniejsze sprawy poprzedzają mosty, które mogą się niekiedy dłużyć, ale dzięki nim wybrzmiewa głęboka treść, ukryta w każdym z jedenastu utworów. Płyta jest artystyczna.  Wybrzmiewa talent muzyków grających na instrumentach. A sam #mrozu daje czadu i zaskakuje. Jest pięknie, czarująco, niekiedy ostro i rockowo. Jest głęboko i porusza ważne kwestie. Polecam każdemu :)

Pozdrawiam
Rafau