Szpital - rozdział 18

Dr. Kopiczko

Zgromadzeni milczeli. Dyrektor napełnił płuca powietrzem i poczuł mrowienie z tyłu głowy. Narkotyk osiągnął teraz pełną moc. Zaczął:
- Jak wiecie, to co tutaj robimy to wieloletnia tradycja. Odkąd pamiętam – odchrząknął i nabrał poważnego wyrazu twarzy z szacunku do osoby, o której będzie mówił – mój Ojciec zabierał mnie w to miejsce i tłumaczył kto powinien decydować o życiu i śmierci. Mówił na siebie, że jest „Przedłużeniem Ręki Boga”. Jasnym jednak się wydaje, że nie on sam działał wtedy ku wyższym wartościom. Również miał zespół – rozłożył szeroko ręce na wysokości pasa wskazując na obecnych – tak jak ja mam was.
Uśmiechnął się szeroko i wpatrywał się w ich twarze. Jedna oznaka znudzenia, bądź ziewnięcie kogokolwiek oznaczałaby jego sromotną porażkę. Jednak widział zafascynowane twarze oczekujące na kolejne olśnienie mądrości Mistrza. Plan się sprawdza jak zwykle. Stał przy oknie na wydzielonym kwadracie na który każdy bał się dotknąć nawet stopą. Tworzyło to specjalne, wyróżnione miejsce dla Ordynatora. Reszta, trzydziestu siedmiu pracowników szpitala stała w bezruchu wpatrzona w Ordynatora jak w obrazek.

- To co robimy jest bardzo ważne. Pozwala ograniczyć ilość szczurów i śmieciarzy w naszym skromnym miasteczku – przez chwile zastanowił się, czy to słowo odmienia się w taki sposób, jednak zaraz zrugał się, że to nie miejsce na zastanawianie się czy to co mówi jest poprawne, ma być obliczone na wynik, ma mówić. Mów, ordynatorze, powiedział sobie w głowie po czym kontynuował – Musicie pamiętać jaką wartość niesiecie dla tego świata. Odczytam dziś fragment z książki, która stała się w moim życiu bardzo ważna. Napisał ją mój dziadek, który został zaproszony przez wysoko postawioną Masonerię do programu, w którym, moi drodzy, bierzemy dziś udział. Wsłuchajcie się w Alberta Kopiczko – odchrząknął znowu nerwowo i przystąpił do odczytywania tekstu zapisanego na kartce a4, wydrukowanego z nowoczesnej drukarki – „Powinność nasza nie odnosi się jedynie do odbierania życia. Spłycanie tegoż jakże ważnego i potrzebnego procederu do mordowania nie jest czczą zabawą. Co niektórym może i sprawia to radość, ale to nie powód dla którego powinieneś działać. Pamiętaj o PORZĄDKU. PORZĄDEK, który zapanuje tutaj za kilka pokoleń będzie wymarzonym przez ludzi rajem. Zapomnij o bogu, sumieniu, czy innych niepotrzebnych pierdołach. To co robimy to inwestycja w społeczeństwo na świecie. Spełnianie powinności dbania o nowo ustanowiony porządek świata to niezbędny krok do zaprowadzenia pokoju. Bezpieczeństwo to przecież wyższa wartość od śmierci niepotrzebnych karykatur człowieka. Stąd też macie klarownie określone, mój drogi Synu, czym kierujecie się przy decydowaniu o życiu bądź śmierci. Ratujmy świat przed szczurami. Tępienie szkodników, to nieodłączny element pokoju i bezpieczeństwa dla naszych dzieci.”



Kiedy to przeczytał wszystkim zaszkliły się oczy. Atmosfera dookoła zagęściła się jeszcze bardziej z powodu podniecenia i poczucia obowiązku jakim każdy zebrany emanował. A najbardziej poruszony był sam Doktor Kopiczko, który aż musiał ciężko przełknąć ślinę i otrzeć zwilżone łzami oczy. 

- Sami więc widzicie – kaszlnął mocno – widzicie co nam przyświeca. Rozumiem, że potrzebujecie czasami alkoholu i innych używek, ale błagam Was wszystkich – wtem zobaczył coś niepokojącego. Spotkał wzrok przerażonego Waldemara, był spanikowany jeszcze bardziej niż podczas ostatniej rozmowy. Czuł, że chce powiedzieć o czymś jeszcze gorszym niż wcześniej. Zamyślił się i zgubił wątek. To mu się nigdy jeszcze nie zdarzyło. Kiedy powertował wzrokiem znowu po zebranych ludziach przypomniał sobie co chce przekazać. Udał, że stanęło mu w gardle i zakaszlał. Wpadł jednak w spazmy i kaszel przerodził się w walkę o dech w piersiach. Odwrócił się i oparł o stół, który stał przy oknie. Na myśl o tym, żeby podejść do kwadratu, każdy pomyślał, że nigdy tego nie zrobi. Jedynie Waldemar poczuł potrzebę podejścia do doktora i ruszył w jego stronę. Ordynator łapczywie chwytał porcje powietrza. Dusił go kaszel, aż w końcu wypluł trochę krwi. Wcisnął przycisk, na który wszyscy zadrżeli i instynktownie zrobili krok do tyłu. Kwadrat na którym stał Doktor Kopiczko nagle obniżył się o kilka centymetrów. Ogromne rzężenie, chrobot jaki wydała maszyna sprawiła, że wszyscy w sali, łącznie z doktorem złapali się za uszy. Po chwili jazgot umilkł, a zjeżdżający w dół kwadrat, na którym stał doktor, osuwał się w wolnym tempie. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że zjeżdżanie tą archaiczną windą generuje taki hałas, ale i tak nikt nie był gotowy, żeby go teraz wysłuchiwać. Zwykle wjeżdżał tędy rozpoczynając zebranie. Wszyscy w przerażeniu rzucili się w pogoń do swoich miejsc pracy. Tylko Waldemar stał jak wryty nie mogąc uwierzyć, że jego Mistrz jedzie na dół, żeby zobaczyć się z jeńcem – Pawłem.



MACIEJ
Kiedy przygotowaliśmy wózek dla Pawła nagle usłyszeliśmy jak tłum tupie nad nami. Marsz dziesiątek nóg raz za razem tupały tuż nad nami. W przerażeniu słuchaliśmy jak nad nami skupia się chyba setka osób, której obecność bardzo dobrze czujemy. Porozumiewawczo kiwnąłem do Krzyśka.

-Czas działać – powiedziałem.
-Ruszamy – odrzekł po czym pobiegł w stronę Pawła.

Wrzuciliśmy Pawła na wózek. Był to nie lada wyczyn, bo gość jakby dostał z dwadzieścia ekstra kilogramów wagi tylko z powodu swojego bezwładu. Śnił o czymś z zamyśloną miną. Zapewne wracał do żywych. Noga nie przestała zmieniać kolorów, teraz było zielono-fioletowa. Ruszyliśmy do windy na drugim końcu labiryntu. Była szósta dwadzieścia, i kiedy wcisnęliśmy guzik wołający windę usłyszeliśmy wyjątkowy jazgot dochodzący z korytarza za nami. Powoli odwróciliśmy się, lecz nikt z nas nie zobaczył nic niepokojącego. Zapewne drugą windę trafił szlag, bo rzężenie i charczenie jakby ktoś skrobał metalowy talerz żelaznym widelcem. Jeździł wzdłuż talerza tak że każdy z nas miał ciarki na plecach i dęba postawione włosy na głowę. Winda dotarła, lecz hałas nie ustąpił. Dopiero, kiedy zaczęliśmy jechać do góry, tą chwiejną windą – poczuliśmy ulgę bo metalowy zgrzyt ustąpił.