Szpital - rozdział 14

ANNA

Budzę się na szpitalnym łóżku. Raczej jestem ze snu wyrywana upadkiem tak bardzo rzeczywistym, że aż napięły mi się wszystkie ścięgna na plecach. Rozglądam się. Jestem w szpitalu, w sali gdzie wcześniej przebywał Paweł. „Jedynka”, klaustrofobiczna salka i specyficzny zapach tego miejsca przyprawiają mnie o mdłości. Zastanawiam się chwilę, że z dwojga przerażających poznanych person przyśnił mi się akurat ordynator, a nie paskudny „Dwie Twarze”. Skoro ja tu leżę, to gdzie jest Paweł? Wpadam w panikę. Mam na sobie spodnie, ale cała góra została ze mnie zdjęta. To nie był soczek z brzozy! 



Na blado białym krzesełku leżały złożone w kostkę podkoszulka, bluzka i na nich stanik. Pod spodem leżała moja torebka. Na oparciu wisiała moja długa do połowy uda kurtka. Przeraziło mnie to. W kilka sekund się ubrałam i wystrzeliłam na zewnątrz. W popłochu się rozejrzałam. Przez chwilę zawachałam się ruszać w kierunku jadalni, ale ogólna wściekłość i odraza do tego co mi zrobiono popchnęły mnie, żeby rozliczyć się z tym tłustym zadem. Normalnie wydrapię mu też drugą stronę twarzy. Będzie się teraz nazywał „Bez Twarzy”. Wpadam do jadalni a tam pełna sala ludzi. Wszyscy w milczeniu przyjmowali wyznaczone porcje jedzenia. Nagle w tym szpitalu pojawiły się jakieś osoby. Szukam wzrokiem mojego Pawła. Dopiero dociera do mnie, że jest nowy dzień. Spałam całą noc w tym szpitalu. Wiem kto mi pomoże. Zbiegam na parter w poszukiwaniu nocnej portierki. Roztrzepane włosy wystają w okienku. Mam cię.

-Dzień dobry, poznaje mnie pani? – pytam zdecydowanym tonem. Dopiero pod okienkiem zaczęło mi się robić słabo. Trochę za duże tempo jak na tak męczącą noc spędzoną poza domem. Aż musiałam się oprzeć.
-Oczywiście. Jak się spało? – Matko, czy ja jestem w hotelu, szpitalu czy gdzie, do cholery!?
-Proszę mi powiedzieć gdzie jest mój mąż! – krzyknęłam, choć nie planowałam dziś krzyczeć. Planowałam jedynie pourywać głowy i nakopać w tyłek wszystkim ludziom, którzy jeszcze staną mi na drodze do wyplątania się z tego dziadostwa.
-Po postawieniu diagnozy lekarze odesłali pani męża, Pawła, prawda? – kiwnęłam głową nerwowo – to został odesłany na Żołnierską. Pomyłka zaszła. 



Pomyłka, tak? Załamała mnie. Wyszłam na zewnątrz w panice. Ciśnienie uderzało mi w głowę z ogromną siłą. Zadzwoniłam po taksówkę i okazało się, że nie mogę wydać z siebie żadnego głosu. Łzy leciały mi z oczu w ogromnych ilościach. Zatkało mnie, więc się rozłączyłam.

-Coś się Pani stało?
Męski głos wyrwał mnie z otępienia. Stoję tyłem do bramy wjazdowej szpitala. Przede mną stoi taksówka, a stojący obok młody mężczyzna kończył palić papierosa. 
-Czy Pani nie powinna zawrócić i tam poprosić o pomoc?
Wziął mnie za wariatkę. Pięknie się ten dzień zaczyna. Wzięłam głęboki wdech i odpowiedziałam:
-Potrzebuję podwózki. Jestem w złym szpitalu. Ma pan wolną taryfę?
-Jasne, zapraszam – od razu zmienił ton głosu.
-Na żołnierską do "wojewódzkiego", poproszę – kierowca kiwnął mi głową i ruszył. Był szary poranek. Godzina 7:30. Jestem zmęczona, przepocona i roztrzęsiona. Jadę wyrwać im mojego męża. Zabrali mi rodziców, a teraz pewnie chcą wpędzić do grobu resztę mojej rodziny. To pewne, że stoi za tym ten pieprzony George Clooney!



DR. KOPICZKO
Stefan miał tego dnia pełne ręce roboty. W ciągu dnia musiał rozprawić się z babcią Różą, a teraz dostał wezwanie, żeby ściągnąć z wypadku męża Ani. Węszą spisek, myślał Stefan, który w wolnej chwili wracał do stróżówki i przyglądał się spacerującym po szpitalnym archiwum Maciejowi i Annie. Dlaczego chce walczyć z bogiem? Nie wiedział. Dostał jednak telefon, że ma wsiadać do karetki i zabrać stamtąd człowieka o imieniu Paweł. Skąd szef wiedział o tym, że wypadek tam się znajdował i wśród poszkodowanych jest właśnie ten człowiek? Nie wiedział. Ale takie właśnie sytuacje sprawiały, że ufał temu człowiekowi z całego serca. To było jak boskie objawienie, że ten człowiek cokolwiek robi, jest właściwe i powinien mu ufać. Tak czuł to w sercu. Nie musiał nikt go rozumieć. Nie miał też przed kim się tłumaczyć. Za takie oddanie Ordynator cenił go najbardziej.

Dopilnowanie śmierci leciwej babeczki nie stanowiło żadnego problemu.  W międzyczasie nadzorował śmierć innych pacjentów. Jednak inni nie byli tak istotni jak ona. Jej wnuczka, która na zdjęciu wydaje się być niewinną i łagodną dziewczynką, najwidoczniej tylko taką udaje. Węszą spisek, ale ja już o to zadbam, myślał ochroniarz. Pakował się właśnie do karetki, która jechała na wypadek. Dane męża Anny, Pawła, trzymał w kieszeni razem z telefonem komórkowym. Kierowca BMW o precyzyjnie określonym numerze rejestracyjnym miał zostać przewieziony natychmiast do szpitala wojewódzkiego. Kiedy zajechali zauważyli na ulicy Pstrowskiego dwie karetki, jedna przyjeżdżała, a druga odjeżdżała. W panice wybiegłem z furgonetki i biegłem w stronę tej, która nadjeżdżała.

-Co wy do cholery wyprawiacie, to nasz rejon!
-Zostaliśmy wezwani tak samo jak Wy, jest za dużo rannych i centrala podjęła decyzję, że podzielimy się pracą – odrzekł wyjaśniającym tonem trzydziestokilkuletni letni kierowca karetki, który nie przejął się ochrzaniającym tonem ochroniarza w białym kitlu.
-Zależy nam szczególnie na jednym pacjencie, chodzi o kierowcę BMW… - rozejrzał się dopiero na efekt karambolu i aż nogi mu się ugięły. Skasowana bryka stoi na środku skrzyżowania przytulona przodem do stojącego nadal na światłach auta. Dookoła nie mógł znaleźć żadnego człowieka pasującego do metryki.

-Dzwoń do tamtej karetki i powiedz kogo tam wiozą! – wykrzyknął Stefan, na co kierowca kiwnął głową i grzecznie zastosował się do wytycznych.
-Ma na imię Paweł, wiozą go do nas…



Na tą wiadomość aż pobladł. Musiał oprzeć się o drzwi, które miał po lewej stronie w trakcie rozmowy z kierowcą karetki. Nienawidził przyznawać się do błędu swojemu szefowi. Na myśl, że będzie musiał słuchać jego trucia głowy tylko z zasady, bo wiedział, że nadal pozostaje cenionym pracownikiem, ale musiał swoje wysłuchać, przyprawiło go o mdłości. Wykład jak ważną kwestią jest dopinanie takich detali na ostatni guzik było przerażająco długie i w tak mocno oskarżającym tonie, że zrobiłby wszystko żeby tylko tego uniknąć. Mimo to wiedział, że ukrycie takiego faktu przed Ordynatorem będzie oznaczało dla niego koniec. Na pewno tej pracy, a być może i życia. Rzucił kilkoma przekleństwami, żeby wyrzucić z siebie wściekłość po czym wykręcił numer swojego przełożonego. On nie odebrał. Nigdy nie odbierał. Oddzwaniał z zastrzeżonego numeru.

-Co się dzieje? – niski, obojętny ton głosu. Jakby siedział w wannie i pykał cygaro.
-Zabierają go do „miejskiego” - powiedział cicho.
-Zajmę się tym. Spokojnie. Dopilnuj, żeby cyferki się zgadzały. Nic się nie stało, nie przejmuj się tym, tylko zrób do końca to co ci zostało do zrobienia, okej?- gładki, delikatny ton głosu i niezmiennie ostrożne tempo nadawały tej rozmowie ogromny dysonans emocjonalny. Z jednej strony spanikowany szczur czekający na kopa, który wyniesie go nad wszystkie znane mu śmietniki, a z drugiej zażywający rozkosznej beztroski biznesmen na hawajach.

W tym czasie Ordynator, czy też Dyrektor tej części spektaklu, jak zwykł o sobie myśleć dr. Kopiczko, przeglądał stan finansowy szpitala. Wszystko układało się jak zwykle wyśmienicie, bez konieczności cięć kosztów. Czyste zyski zadowolą władze, i zezwolą na zakup lepszego sprzętu, co usprawni działanie szpitala. Dumny jak zwykle ze swoich osiągnięć otrzymał powiadomienie w telefonie, że ochroniarz Stefan dopomina się o kontakt. Nie zwlekając ani chwili poprosił aplikację o bezpieczne połączenie. Na wieść o tym nieporozumieniu był całkowicie spokojny, bo miał swojego człowieka w tym szpitalu. Kto wie, może jest jeszcze bardziej oddany niż sam Stefan. Jednak nie pozwolę mu sądzić, że dopuszczam takie pomyłki. Taka uległość dla niewzruszonych zasad byłaby oznaką słabości, myślał Ordynator. Po skończonej rozmowie poprosił o połączenie z Marianem, a w tym też czasie wypełniał w terminarzu elektronicznym lukę w następnym tygodniu. Właśnie wtedy opowie Stefanowi jak ważna jest nasza branża i jak rażącym nieprofesjonalizmem było dopuszczenie do takiej sytuacji.

Na szczęście mam nad wszystkim kontrolę. Samouwielbienie doktora wprawiło go w doskonały nastrój. Tak dobry, że po przekazaniu konkretnych wskazówek Marianowi - jak zająć się zarówno przyjeżdżającym tam karetką Pawłem, jak również z jego niebrzydką żonką -uśmiechnął się od ucha do ucha. Po chwili uśmiech przemienił się w rechot. Rechot zaś zamienił się w głośny, rzewny śmiech, którego upiorne echo roznosiło się po korytarzach szpitala.