Szpital - rozdział 11

MACIEJ

Stałem jak wryty ze smartfonem w ręku nie mogąc wyjść z ogromnych emocji jakie właśnie wydarzyły się w ciągu kilku godzin. Słyszę te karetki i próbuję sobie wyobrazić co tam strasznego musiało się wydarzyć. Widzę biegnącą jak poparzona Annę, która jak z nut kłamała, że jest detektywem dziennikarskim. Trzeba jednak przyznać, że śliczna z niej kobieta. Ciekawe czym zaimponował jej obecny partner do którego tak żarliwie tęskni. Chciałbym, żeby któraś tak biegła do mnie jak tylko na podstawie własnych przeczuć będzie obawiała się o moje samopoczucie.  Pomyślałem, że czas wracać. W końcu dziś czeka mnie poważna praca – będę szukał haka na moich pracodawców tylko i wyłącznie z uwagi na obawy świeżo poznanej koleżanki.




Poszedłem do archiwum. Nawet na dole, będąc dwa piętra pod ziemią, słyszałem bardzo wyraźnie hałas karetek przyjeżdżających do szpitala. Dziś jednak ich odgłosy nie tylko były częstsze, ale niosły obawę, że biedna Anna rozpacza teraz z powodu swojego chłopaka/męża/konkubenta. Na myśl o tym specyficznym słowie – konkubent – uśmiechnąłem się. Trzymałem akurat gruby folder młodego chłopaka, który leczył się tutaj na astmę oskrzelową. Rozpoznano u niego złośliwy nowotwór krtani i zmarł. Szukam informacji o sekcji zwłok, jednak jedyne co widzę to pieczątka mojego szefa i podpis – autoryzowane, TYLKO DO WGLĄDU DLA PERSONELU SZPITALA.  Jakbym miał pozbywać się ludzi, to pewnie w taki sposób. Te wszystkie dokumenty są do spalenia. Przede mną jeszcze długa noc babrania się w tych papierkach. SKLASYFIKOWANO:TAJNE na teczce miało dać mi do zrozumienia, że to przedawnione sprawy i nadają się do spalenia. Szef zapewniał mnie, że od piętnastu lat wszystkie informacje wprowadzone są już do systemu archiwalnego szpitala i nadają się do spalenia. Na myśl cisnęło mi się jednak pytanie – dlaczego w takim razie nie puścić z dymem całego archiwum, tylko są określone jakieś warunki. Najwidoczniej osoba, która to wymyśliła lepiej wie od czego jest w tym szpitalu niż ja.

Obrałem sobie za cel wyjątkowo precyzyjnie przeglądać te dokumenty. Gdybym ich nie znalazł i spojrzał w oczy Anny, od razu by mnie zlustrowała, że nie postarałem się wystarczająco mocno. Więc kiedy tylko poczułem, że chce mi się mocno spać postanowiłem wyjść na zewnątrz. Minęły trzy godziny odkąd Anna opuściła szpital. Druga w nocy. W sumie to naturalne, że chce mi się spać. Pomyślałem o kawie, kanapkach i może krótkiej dyspucie z ochroniarzem - Stasiem. Zaznaczyłem długopisem, który dokument jest już sprawdzony i udałem się do windy. Przypomniałem sobie jakie głosy dobiegały kiedy ostatnim razem stąd wychodziłem. Przeszły mnie dreszcze. Jednak teraz wszystko zdawało się być normalne. Winda skrzypiała tradycyjnie cholernie ciężko, korytarz wyglądał jak zwykle, nie było żadnej mgły. Jedyny odgłos jaki był inny niż do tej pory to karetka. Tak, przywieziono kolejną ofiarę wypadku. Tylko, że po trzech godzinach opóźnienia? To dziwne.




ANNA
Za taksówkę zapłaciłam dwa złote za dużo. Wbiegłam do miejsca gdzie moim zdaniem powinien znajdować się jakiś punkt informacyjny. Jednak zastałam szatnię po lewej stronie, a po prawej sklep z akcesoriami dla inwalidów. Specjalistyczne wózki, laski, kołnierze i inne gadżety przyprawiły mnie o dreszcz na myśl że któryś będzie niezbędny dla mojego Pawła. 


Zaskoczona własnymi obawami biegłam korytarzem przedzierając się przez ogromne drzwi. Każde było jakby cięższe od poprzedniego do otworzenia a zamykać się będą jeszcze do jutra wieczorem. Nagle natrafiłam na dużą planszę z setkami informacji. Zatrwożyło mnie jednak to, że jestem jedyną osobą w całym budynku. Na swojej drodze nie napotkałam żywej duszy. Ktoś tu w ogóle jest? Znalazłam drogę do informacji. Kiedy tam dotarłam nadal nikogo nie było. Zwariowałam do reszty? Może to jest sen i jestem nadal w piwnicy razem z Maciejem. Jeśli wypadek Pawła to tylko sen? Jeśli to wszystko się nie wydarzyło to przyjmę tą informację z radością. Grobowa cisza w szpitalu miejskim przyprawiała mnie o coraz większe dreszcze. Stoję przy kasie PKP, którą chyba ktoś przeniósł do szpitala, żeby materiały się nie zmarnowały. No i takie kasy – mam na myśli wąski blat, niegrubą ściankę na wysokości mojego brzucha, oraz ciągnące się na jakieś dwa metry w górę szyby z małym okienkiem przez które zarazki z trudem się przedostają do środka – z pewnością były wykonywane  hurtowo. Widziałam takie rzeczy w tak wielu miejscach, że to jestem w stanie uwierzyć, że produkowane jest to taśmowo. Kiedy tak odchodziłam w wyobraźni od zmysłów dostrzegłam za szybą kubek z ciemnym napojem, z którego unosiły się małe kłębki pary. Krzyknęłam więc: HALO!!! JEST TU KTO!?

Nie czekałam długo aż kobieta przybiegnie roztrzepana i zszokowana.

-Przepraszam, muszę jedną rzecz skończyć. Zaraz do pani przyjdę. Mam nadzieję, że to nic pilnego – oznajmiła mi długowłosa blondynka w wieku około pięćdziesięciu lat w obcisłych jeansach i obcisłej bluzce, z głębokim dekoltem.  I wróciła tam skąd przybyła. Rozejrzałam się i po lewej stronie zobaczyłam uchylone drzwi. Postanowiłam przejść sprawdzić czy są otwarte. Widok jaki zastałam był dla mnie zaskakujący. Pani z informacji pomagała jakiejś młodej dziewczynie wyciągać soczewkę z oka. Zapłakana, z opuchniętymi policzkami dziewczyna wyglądała na wyczerpaną. Zauważyłam, że dochodzi północ. Chłopak stał i przyglądał się tej sytuacji z wyraźnym skrzywieniem. 

-No proszę, nie było chyba tak strasznie, prawda? – milutkim głosem powiedziała „informatorka” do dziewczyny w momencie, kiedy wyciągnęła i z tryumfalnym gestem podniosła do góry soczewkę kontaktową.
-Nigdy więcej tego nie zrobię – powiedziała przez zęby obolała dziewczyna. Po chwili uświadomiłam sobie, że jest dorosła. Być może jest studentką.
-Proszę mi wierzyć, z soczewkami tak już jest, trzeba nauczyć się tego jak je zakładać i zdejmować. Proszę się nie zniechęcać- uśmiechnęła się tak słodko, że aż mnie do tego przekonała.
-Dziękuję pani bardzo za pomoc – równie szczerze powiedziała do blondynki i niespodziewanie spojrzała na mnie – przepraszam, że musiała pani czekać. Od kilku godzin męczyłam się z tym dziadostwem – wskazała na oczy i spojrzała znowu na blondynkę - Już nie będę zajmowała dłużej pani czasu. Nie wiem jak się pani odwdzięczę.

Chłopak pomógł ubrać się dziewczynie i wyszli pożegnawszy się jeszcze trzy razy i dziękując jeszcze przynajmniej pięć razy.
- W czym mogę pani pomóc? – zapytała mnie pani z informacji. Wyrwało mnie to z zażenowania i zaskoczenia tą całą sytuacją.
- Przyjechał tu mój mąż. Raczej został przywieziony karetką. Proszę mi powiedzieć gdzie leży.

Po kilku chwilach powiedziała mi szczegóły jak dotrzeć do mojego Pawła. Wbiegałam po schodach i przebiegałam po korytarzach zgodnie z instrukcją i po kilku minutach poczułam ogromną ulgę. Zobaczyłam śpiącego na łóżku Pawła. Co dziwne nie widziałam żadnego personelu nigdzie więcej. Raz miałam wrażenie, że ktoś za mną idzie, ale obejrzawszy się nikogo nie znalazłam. Teraz, siedząc przy śpiącym mężu czułam się spokojna. Miał gips na nodze i kilka zadrapań na rękach i twarzy od roztrzaskanej szyby. Nie było żadnej karty pacjenta na łóżku. I co ciekawe w tym całym szpitalu unosił się dokładnie ten sam smrodek co w każdym jednym szpitalu. Te krochmalone ściany, czy płyn do mycia podłóg to sprawiał? Czy to synestezja związana z byciem w szpitalu? Przytuliłam się do Pawła i nie byłam w stanie w żaden sposób go obudzić. Musiał bardzo przeżyć wypadek. Spał tak słodko, że odpuściłam kolejne próby obudzenia go. Wyszłam na korytarz, żeby móc znaleźć jakiegoś lekarza, kogokolwiek w sumie, kto mógłbym cokolwiek mi powiedzieć. Na przykład potwierdzić, że to co widzę to nie jest sen.