Szpital - rozdział 17

PAWEŁ

Czuł, że z każdą godziną tracił życie. Każda minuta w której nie spał była męczarnią. Czekał, aż organizm się podda i przestanie więcej czuć tego okropnego bólu. Nadal nie czuł lewej stopy zakneblowanej w gips. Myślał nad całym swoim życiem. Biegł cały czas za czymś lepszym. Chciał więcej. Niedawno zrozumiał, że ten bieg po sławę i pieniądze jest bez sensu. Kiedy zrozumiał, że chce jedynie przeżyć życie spokojnie do starości w szczęściu ze swoją żoną, spotyka go taka historia. Starali się o dziecko. Chcieli mieć szczęście jak każdy człowiek pod słońcem. Dlaczego więc spotyka ich taka kara? W rozmyślaniach odpłynął do snu, gdzie tuliła go czule jego Ania. Powtarzała z nadzwyczajnym spokojem, że idzie mu pomóc. Z głębokiego snu wyrwały go hałasy. Szumiała woda w rurach. Słyszał kroki, które niepewnie zbliżały się do jego pomieszczenia. Czuł, że idą po niego oprawcy, którzy załatwili go w tym szpitalu dotkliwiej niż sam wypadek. Ku jego zdziwieniu zobaczył pielęgniarza z bladą minął i jakiegoś człowieka z ulicy, który był przerażony jakby widział trupa.
-Kim wy jesteście – wykasłał Paweł.
-Jesteśmy tu, żeby cię uratować. Przyjechałeś z wypadku, prawda?
-Tak, ale to nie przez wypadek jestem tak urządzony. Jakiś wąsaty knypek i jego goryl mnie tak załatwili. Skopali mnie, rzucali mną jak workiem – Paweł uronił łzy. Bezsilność opanowała całe otoczenie. Jakby ściany zaczęły się zwężać Wszystko dookoła rosło a on sam jakby malał. Atak paniki był bliski.
-Spokojnie stary, rozprawimy się z nimi. Daj mi tylko spojrzeć na twoją nogę, źle wygląda – to co zobaczył przeraziło go.

Maciej dostrzegł na lewej nodze Pawła poczerniałą skórę. Jak nic gangrena pomyślał i ruszy w stronę narzędzi z korytarza. Znalazł coś co z jednej strony przypominało sekator ale na końcu miało wygięte ostrze w jednym kierunku. Pomyślał, że to idealne narzędzie.To była długa walka z odruchami Pawła. Na każde dotknięcie nogi reagował spazmami wykręcającymi go do tyłu jak chorego na padaczkę. Później kiedy Krzysiek usiadł na brzuchu Pawła trzymając ręce na podłodze udało się oswobodzić nogę. Okazało się, że gips zawierał w środku kamień uniemożliwiający przepływ krwi do stopy. Całe to napięcie i okropny ból sprawiły, że jak Maciek odrzucił gips na bok a noga spowrotem wracała do czucia, Paweł zasnął. 

-Co tu się wyprawia. To musi być sen. Ja tu oszaleję! – wrzasnął Maciek. Podszedł do gipsu i kopnął go w stronę ściany.
-Opanuj się stary, trzeba go stąd zabrać i zanieść do jego dziewczyny. Damy radę, tylko nie możemy tracić głowy.
Zapłakany Maciek spojrzał Krzyśkowi głęboko w oczy. Widział w nich strach i odrazę. Podziwiał go, że jeszcze nie zwymiotował, co zwykle robił jak panikował. Dobrze mówi, myślał Maciek, tylko jak to zrobić?
-Wywalmy te narzędzia z jednego z wózków i zawieziemy go. Dawaj, ładujemy go i spieprzajmy stąd.
Spodobała się Maćkowi ta propozycja. Trzeba stąd jak najszybciej spieprzać. Ma dowód, ma świadka, teraz wystarczy pokazać to światu.





Doktor Kopiczko
Zbliżała się pora zebrania. Podekscytowany Doktor aż prawie podskakiwał z emocji. Czuł się jak wódz właśnie w momencie motywacyjnej przemowy dla swoich pracowników.  Szedł korytarzami swojego szpitala wzmacniając w sobie to poczucie władzy i pewności siebie, aby móc odpowiednio zmotywować swoich pracowników. Silne emocje i poczucie roztargnienia wzmacniała heroina, którą zdążył przed wyjściem zażyć. Zwykle dosypywał sobie do szklanki z whisky, którą przechylał na jeden raz. Zwykł nazywać tego drinka „Szalony Jack”. Jednak dziś pozwolił sobie na wciągnięcie kreski, żeby efekt przyszedł mocniej i szybciej. 

Kiedy dostrzegł zamykającą się windę na poziom minus dwa wpadł w panikę, że ludzie dopiero jeszcze się zbierają na zebranie i wtargnął do łazienki. Tam przejrzał się w lustrze, żeby sprawdzić, czy aby na pewno nie widać nigdzie białego proszku, i czy jego twarz, zarost i przede wszystkim zadbane włosy – wskazują na perfekcjonizm i niemierzalną doskonałość. Przeglądając się w lustrze wpadał w samozachwyt. W tych chwilach zawsze myślał o sobie jak o bogu na tym świecie. Ma swoje królestwo, poddanych, których karze i wynagradza. Oddaje biednym, zabiera bogatym. Wspaniały władca życia i śmierci. Przeczesując po raz ostatni idealną fryzurę postanowił,że przejdzie się po świeżym powietrzu. Zwykle rytuał w łazience odprawiał w jednym z podziemnych pokoi. Teraz czuł pośpiech i presję. Nie mógł pozwolić sobie na czekanie kolejnych minut na windę, a potem spacer po długaśnych korytarzach. Wychodząc na wewnętrzny dziedziniec, ruszył wprost do prosektorium gdzie jego zdaniem jest najlepsze miejsce na rozmowę o życiu i śmierci. W końcu tutaj zapadają najważniejsze decyzje. Widział naprawdę dużo śladów na śniegu, który zdawał się błyszczeć jakby dookoła był rozsypany brokat. Uczniowie zgromadzeni, dajmy więc czadu, pomyślał. Ty zawsze dajesz czadu, odpowiedział sobie Pan Doktor wchodząc do prosektorium. Jeszcze przed chwilą gwarne towarzystwo z nagła ucichło w momencie, kiedy otwierały się drzwi. Ordynator wszedł pewnym krokiem uśmiechając się tylko prawym kącikiem ust.




DWIE TWARZE
W momencie kiedy Anna wchodziła do taksówki, Dwie Twarze postanowił sprawdzić jak miewa się jego ptaszyna złapana wczorajszego wieczora. Zaskoczony brakiem obecności kobiety w pośpiechu zaczął kuśtykać do każdego z pokoi na piętrze w poszukiwaniu zguby. Rozwścieczony wpadł do dyżurki i surowo zrugał pielęgniarki za niedopilnowanie własnych obowiązków. Wiedział, że dla tych kobiet nie będzie już łaski ze strony Ordynatora. On może podzielić ich los, jeśli nie dopilnuje by dziewczyna znalazła się u Doktora Kopiczki. 

Po chwili namysłu poszedł do portierni i tam dowiedział się, że taksówka zabrała Annę do dyrektora. Może ją jeszcze złapać. Poszedł do dyżurnego kierowcy karetki i kazał się zawieźć do szpitala na Żołnierskiej. Był tam w chwili, kiedy Anna płaciła za podróż taksówką.