Szpital - rozdział 10


PAWEŁ

Zrobiło mi się słabo. W ciągu kolejnych minut, chwil, jednostek czasu, zdarzyło się bardzo dużo różnych sytuacji. Dookoła ludzie zgromadzili się jak fani kolarstwa kibicując tym którzy znajdowali się na jezdni. Jakiś człowiek podbiegł i zapytał mnie ile widzę palców. Po chyba dobrej odpowiedzi krzyknął, żebym leżał i czekał na karetkę, która zaraz ma przyjechać. Dookoła odczułem to co niedawno pisałem w swojej książce. Precyzyjnie wyobraziłem sobie co musiał przeżywać główny bohater i teraz staje się to moją rzeczywistością. Środek pola walki w trakcie drugiej wojny światowej na terenie wybrzeża Francji było miejscem śmierci mojego głównego bohatera. Jego tragiczna śmierć w walce stanowiła zwrot akcji w fabule. Po trzecim tomie pozbyłem się niechcianego człowieka, do którego traciłem już cierpliwość. Miłość Janiny i Wacława rozdzieli śmierć. Teraz wystarczy dopisać parę rozdziałów jak Janina radzi sobie bez miłości swojego życia, oraz samotnym wychowywaniem ich ślicznej jak z obrazka córeczki. Sęk w tym, że sytuacja jaką wepchnąłem Wacława w głowie realizuje się na moich oczach. Roztrzaskane auta najróżniejszych gabarytów to niemal to samo co pouszkadzane, powywracane maszyny przypominające prymitywne czołgi. Rannych żołnierzy zamieniłem teraz na ludzi, którzy w strasznym, albo tragicznym stanie, o własnych siłach, bądź z pomocą ochotników, wydostają się z potrzasku. Leżą poukładani na ośnieżonej ulicy a dookoła świat się zatrzymał. Jakby śnieg też zawisł w powietrzu, a dookoła każdy czekał aż zrozumie co tu właściwie się wydarzyło. Oparłem głowę o miękki śnieg, który z charakterystycznym chrobotem przyjął jej ciężar. Odpłynąłem gdzieś daleko.





Czułem, że jestem wieziony w ciemności na jakichś noszach. Dookoła towarzyszyły mi dźwięki zepsutego jednego kółka, który z właściwym rytmem popiskiwał nadając tempo wydarzeń. Piszczenie nasilało się i przyśpieszało. Czułem, że coś mnie pcha coraz szybciej i nabieram ogromnej prędkości. Czuję bezwład, jakby wózek na którym leżałem obracał się po wielkiej hali jakby tańczył. Nagle w jednej chwili coś stanęło na drodze jednego z kółek a ja wystrzeliłem z łóżka jak z procy. Uderzyłem o ścianę i usłyszałem jak ciężko łupnęło mi coś w plecach. Być może zmiażdżyłem sobie właśnie jakąś część kręgosłupa, albo pękło mi żebro. Obolały leżałem pod ścianą zastanawiając się dlaczego niczego nie widzę. Wszystko wydawało się prawdziwe, ale nie umiem nazwać tego stanu. Jakbym był w jakiejś grze VR, w której czuję wszystko co mi się przytrafia. Kiedy tylko poczułem, że czas wstawać spod tej zimnej ściany i napiąłem mięśnie poczułem okropny ból w środku pleców, który promieniował we wszystkich kierunkach i czułem ból jeszcze przez chwilę w rękach, nogach, brzuchu i głowie. Najmniejszy ruch czy spięcie powodowało ciągle to samo. W pewnej chwili usłyszałem kroki. 

- Przesadziłeś Stefan-burknął jakiś głos.
- Myślisz, że szef nam coś potrąci z tego? – odburknął drugi głos przytłumiony wąsami. 



ANNA

Biegłam w stronę jakiegoś innego świata. Żółte światła na drodze wydawały się jak setki słońc. Niby była już noc, a świeciło jaśniej niż niekiedy w ciągu dnia. Śnieg sypał grubymi płatkami. Na chodniku był posypany gęsto piach, dzięki czemu nie wywróciłam się w trakcie biegu. Po minięciu „Małpiego Gaju” czułam, że płuca przestawiły się w tryb treningu i regularnie zachłystały się większą ilością powietrza i intensywniej wydychałam gorącą jak z czajnika parę. Zanim dobiegłam mróz w gardle zaczął nieprzyjemnie szczypać.



Widok jaki zastałam przerósł moje wszelkie wyobrażenia o karambolu. Ciężko było naliczyć ile aut brało w ogóle udział w tej masakrze. Karetka właśnie odjeżdżała w stronę szpitala spowrotem. Szukam czarnej skórzanej kurtki, zmierzwionych średnich  jak na mężczyznę włosów.  Nasze auto wciągają na lawetę, tylko co do diabła z moim Pawłem! Biegam jak kurczak bez głowy w jedną i drugą stronę. Pytam przechodniów. Czuję się jak w jakimś strasznym śnie. To co się dzieje przerasta mnie. Panika zaciska brzuch do silnego bólu, który aż mnie paraliżuje na kilka chwil. Matko! Uspokój się kobieto! Nie mogę się opanować. Nagle jeden z ratowników łapie mnie za rękę:


- Ile widzi pani palców – i macha otwartą dłonią przed twarzą.
- Z księżyca pan spadł!? Pięć! Szukam mojego męża, Pawła, miał czarną skórzaną kurtkę. Jechał w tamtym aucie – odwróciłam się a lawety z naszym samochodem już nie było. Zbiło mnie to z tropu. O czym to ja mówiłam?
- Proszę się uspokoić. Pani mąż zapewne zaraz znajdzie się w szpitalu miejskim.
- Jak to w miejskim!? Nie w szpitalu wojewódzkim, na żołnierskiej?
- Na pewno nie pani…-zaczął kaszleć-proszę mi już nie przeszkadzać. Widziałem Pani męża i jest więziony właśnie na ulicy Niepodległości, trzeba jechać Pstrowskiego w dół i po lewej stronie za mostem…
- Czy pan powiedział w i ę z i o n y – przeciągnęłam bardzo podniesionym tonem głosu. Zacisnęła mi się pięść.
- I pani nie brała udziału w wypadku? Niech pani przy okazji wizyty u męża poprosi psychiatrę o konsultacje…

I odwrócił się. Stałam jak wryta jeszcze przez chwilę. Przemknęło mi tysiące myśli. W jakim jest stanie. Co z nim się dzieje. Dlaczego dotknęło to akurat jego. Na tą chwilę wieźli wszystkich na sygnale, więc na pewno żyje każdy wieziony. Wmawiałam sobie, że wiozą go jedynie na rutynowe badanie. Po najwyżej dwóch minutach wyjęłam telefon i zamówiłam taksówkę.
Nie wiem ile minęło nim elegancki, srebrny mercedes podjechał pod szkołę LO VI.

- Uuu niezły bałagan się tam zrobił, co?
- Do szpitala miejskiego. Bardzo proszę, bardzo szybko muszę tam się dostać- nie zdążyłam domknąć drzwi a już ruszyliśmy.
- Kogut na dach i jedziemy droga pani – i młody, grubawy taksówkarz zaczął rzewnie zanosić się ze śmiechu.