"Nikt nie uleci w niebo" - opowiadanie konkursowe





WOJNA
Kochałam moją małą Weronikę bardzo mocno. Miałam wtedy 20 lat. Czułam się z nią bardziej związana niż ze wszystkim i wszystkimi na tym świecie. Czułam jakby ktoś wyrwał tego dnia kawałek mojej duszy, albo część ciała. Jak amputacja wymuszona z niczyjej winy. Jednak za jej zaginięciem stała jakaś osoba do której poczułam odrazę i złość. To uczucie wywoływało ogień na twarzy i ogromnie silne emocje. Obdarzyłam tego człowieka nienawiścią tak silną, że stał się uosobieniem zła. Za wszystkim co złe stał on a dla wszystkich dookoła byłam wyrozumiała i wszystko wybaczyłam. Mojej Mamie, której Weronika uciekła bo się zezłościła i jakby rozpłynęła w Galerii. Mojemu Ojcu za to, że wcale nie przejął się tym, co spotkało naszą najdroższą w domu, pogodną dziewczynkę. Wydawało się jakby Ojciec bardziej przejmował się tym, że jego klub w tym tygodniu nie rozegrał najlepszego meczu w historii, a w pracy jego transakcja nie poszła do końca po jego myśli. Malutka, która rozświetlała nasz dom, powodowała, że wszyscy nagle są radośni i wspaniale się czują, przepadła. Zapadła się jak kamień w wodę. Wybaczyłam policji nawet umorzenie sprawy. Ale uczucie nienawiści, sto procent agresji, przelałam na wyimaginowanego złoczyńcę, bezdusznego zabójcę dzieci. Mój mózg jakby poradził sobie z utratą najbliższej osóbki w życiu w taki sposób, że po prostu została zabita. Nic gorszego nie mogło się jej przydarzyć. Jeśli mogło przydarzyć się komuś innemu, to w porządku, ale nie Weronice. Ona już przepadła. Nie ma jej. Boli jak cholera, brakuje jak ręki, tęsknię jak za najcenniejszym zmysłem w życiu, ale pogodziłam się z tym. Muszę być przecież silna, nie?

POCHÓD STALOWYCH KOGUTÓW
To drugi z zaplanowanych telefonów. Dźwięk sygnału w słuchawce z „głośnomówiącego” dudnił w uszach chyba każdego, ale mnie od razu rozbolała głowa. Czułem ogromną presję. Na takie rozmowy nie przygotuje żaden kurs ani szkolenie. Nawet 30 lat życia nie nauczyło mnie odpowiednio zareagować na taką treść.
-Pierwszy trup znajduje się w wannie pokoju numer 209! - surowy, znajomy mi już głos oznajmił informację niczym konferansjer na rozdaniu nagród. Biała gorączka zalała moją twarz. Czułem jakby mrówki chodziły mi po opuszkach palców, łzy napłynęły do oczu, a nogi uginały się od ciężaru. Wzrok zgromadzonych dookoła mnie osób spowodował u mnie atak paniki. Ruszyłem wprost na ścianę, na której znajdował się przycisk alarmu przeciwpożarowego. Nie może być nikogo w hotelu, kiedy znajdziemy trupa. Oby był to zwykły blef.

CHŁOPCY MALOWANI WAPNEM
Było zimowe popołudnie. 19 grudnia. Dni kończyły się, zanim ktoś zdążył zrozumieć jaką mamy porę roku. Dziś spadł pierwszy śnieg. Wstałem wypoczęty i w dobrym humorze. Czułem, że ten dzień będzie dobry. Na posterunku miałem umówione dwa przesłuchania w sprawie wypadku samochodowego. Zaraz później otrzymałem wezwanie, które jak się okaże, zmieni moje całe życie. Nic już nie będzie takie samo. Jakby mi to było pisane w uknutym scenariuszu. Ze wszystkich kolegów i koleżanek to ja dziś miałem spieprzyć sobie życie. 

Jadę z Emilką, która mi asystowała przez ostatnie kilka miesięcy. Wspólna praca zbliżyła nas bardzo mocno. Na dyżurach nocnych często opowiadała o swojej rodzinie i prywatnych poglądach w najróżniejszych sprawach. Jechaliśmy na wezwanie obsługi hotelu, bo została wysłana do nich pocztą bardzo niepokojąca wiadomość. Kiedy przyjechaliśmy była 14:30. Czekałem z niecierpliwością na koniec pracy, bo dziś chciałem Emilkę zaprosić na kolację. Razem zrobilibyśmy spaghetti, napilibyśmy się winka i może coś w końcu ruszyłoby w moim smutnym monotonnym życiu. Zdecydowałem się na to już dawno, ale zawsze coś wypadało. Dziś mieliśmy skończyć o 17. Zostaliśmy jednak w pracy do rana.
Hotel Kopernik to nieduża placówka z ciężkim dojazdem i nieciekawą okolicą po zachodniej stronie gdzie jak na złość znajdował się parking. Niebieskie kolory i odjęta niedawno trzecia gwiazdka odstraszały gości, ale zapewne musiały kusić niskie ceny noclegu w samym centrum Olsztyna.
Wchodziliśmy do sali, której niebieski kolor świetnie pasował do naszych granatowych mundurów. Podeszliśmy do lady, nad którą znajdował się duży napis RECEPCJA. Kolor ścian kojarzył mi się z obrazem jaki jeszcze miałem przed oczami po ostatniej sprawie. Paskudna sytuacja. Małżeństwo było męczone przez szereg dni w zamian za okup przez grupkę „artystów”, którzy grali na ich weselu. Zatrudnili swoich przyszłych morderców, dla których pieniądze znaczyły więcej niż moralność. Autentyk, któremu aż ciężko uwierzyć!
Przy ladzie stała młoda, długowłosa dziewczyna, która zrezygnowała ze studiów, na koszt zarobków w hotelu. Oszczędziła jednak słów odnośnie tego jaką historię ma ten hotel i jaki rodzaj pokoju nam zaproponuje. Szybko wskazała drzwi za sobą i oczekiwała aż pójdziemy za nią.
-Ile dziś jest gości w hotelu? – zapytałem grzecznie w drodze do zapewne jakiegoś dyrektora, albo menedżera.
-Wyjątkowo mamy dziś ogromny ruch. Mamy 114 pokoi i wszystkie są już albo zarezerwowane, albo goście już są w swoich pokojach, albo dziś mają się wymeldować. Proszę tędy – wskazała na drzwi przed nami. Rozumiałem, że ona zostaje tutaj, a my mamy tam wejść.
Biuro wypełniała dziwna atmosfera. Upiorny mrok na środku pokoju i porozkładane lampki nocne na czterech ścianach. Miejsca było tyle ile w przeciętnym dwuosobowym pokoju hotelowym. Było nawet pod ścianą po prawej stronie jednoosobowe łóżko. Na drewnianych komodach i ogromnym marmurowym kominku rozłożone były zdjęcia tego samego dziecka i jakiegoś małżeństwa. Zapewne córeczka jegomościa zajętego rozmową.
-Do cholery jasnej, muszę mieć ten samolot dzisiaj. Na święta chcę zobaczyć się z rodziną!-krzyknął pomarszczony siwy facet siedzący przy ogromnym biurku w chwili, kiedy wchodziliśmy do jego gabinetu. Emilka wyraźnie poczuła się zniesmaczona tym, co zobaczyła w środku.
-Dobra, rozumiem. Czekam na odpowiedź od pani przełożonego, nie zamierzam tolerować takich niefrasobliwych pracowników! - wykrzyknął ostatnie słowa i rzucił słuchawką z dużą siłą. Dłoń, która wisiała nad telefonem drżała, jakby miał mocno podwyższone ciśnienie, a cień, jaki spowijał jego pochyloną twarz, nadawał całej chwili grozy. Krzyk jakby odbijał się jeszcze od ścian.
-Komisarz Tadeusz Sowiński i pani sierżant Emilia Baran, to pan nas wezwał? – starałem się być konkretny ale uprzejmy.
-Dziękuję, że jesteście. Aż się zdziwiłem, że na takie wezwanie przyjechaliście na pstryknięcie palcem, a jak mnie okradali to przyjechaliście po tygodniu.
-Zechce nam pan przedstawić powód wezwania? Nie mamy czasu na pana skargi i zażalenia – warknęła ostro Emilka. Chciałem skarcić ją wzrokiem, ale to my byliśmy bardziej oświetleni niż ten dziwny koleś. Wolałem stawać za nią murem, a on niech ma za swoją ironiczną postawę.
-Oczywiście, proszę bardzo - wyjął z szuflady list – to ostre pogróżki, nie mogłem ich zlekceważyć.
-Proszę nam dać chwilę. Można tu gdzieś usiąść?
-Proszę bardzo – i wskazał złożone, plastikowe krzesełka oparte o ścianę przy łóżku naprzeciwko biurka pana dyrektora.
-Jak się pan nazywa?
-Dmochowski – zakaszlał zdenerwowany, jakbym zapytał o to czy to on planuje zabić dziś jakieś osoby – Marian Dmochowski – dodał drżącym głosem.
List był następującej treści:
ZGINĄŁ DZIŚ 3 OSOBY
W  HOTELU KOPERNIK W OLSZTYNIE
MOŻNA ZAPOBIEC TRAGEDII
DZWOŃCIE NA PONIŻSZY NUMER TELEFONU TYLKO W OKREŚLONYCH GODZINACH:
21:00 / 23:00 / 1:00 / 3:00
695 397 815 – NUMER NIEŻYJĄCEJ KOLEŻANKI ZE STUDIÓW MARYLI WÓJTOWICZ.
Po ostatniej godzinie będzie już tylko …
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 ŚMIERĆ




ALUMINIOWE OPIŁKI BURZĄ DOMY
Za chwilę przyjechał mój ojciec, który jest nadinspektorem naszego posterunku. Mało mu pewnie brakuje do tego, żeby móc startować do Sejmu, bo ma już takie znajomości. Pewnie zabłyśnie swoim krasomówstwem i doświadczeniem, pokazując jak to mu zależy na dobru mieszkańców. Po wyjściu z gabinetu zastaliśmy ogromne stadko policjantów, a sam Sowiński Senior pławił się w komplementach jakich nie szczędzili mu inni funkcjonariusze w rozmowie jakże elokwentnej i dostojnej. Szlachta weszła między chłopów. Tak to przynajmniej z mojej perspektywy wyglądało.
-Witaj Synu!-wykrzyknął na mój widok, jakbyśmy w ostatni weekend nie pili razem wódki. Każdy z nas tak zapracowany, że do siebie nie jesteśmy w stanie nawet zadzwonić i widzimy się tylko przypadkiem w pracy. Takiego ojca i syna gramy przed innymi, żeby nie posądzili nas o symonię.
-Witaj Ojcze!-ironicznie powtórzyłem patos Ojca.
-Przejmuję sprawę. Z tego co mi przedstawiła Gabrysia, która mylnie cię tu skierowała, to poważniejszy przypadek i nie sądzę, żebyś mu podołał. Pozwól dojrzałym zabrać się…
-Spieprzaj Tato, nie zabierzesz mi jej. Możemy co najwyżej razem nad tym pracować-ryknąłem. Czułem jak atmosfera napięcia i zażenowania gęstnieje jak śmietana. Jak mówią, można siekierę powiesić. Tak pracują tylko Ojciec z Synem.
-Synu. Chodźmy na spacer, co?-uśmiechnął się jakbym mu powiedział najprawdziwszy i najmilszy komplement.
-Jasne!- krzyknąłem a odwróciwszy się szeptem powiedziałem do Emilii -Błagam zweryfikuj charakter pisma z grafologiem i podzwoń po szpitalach psychiatrycznych czy nie było ostatnio jakichś zwolnień albo ucieczek. Te dwie rzeczy, ogarniesz w kwadrans? Do tej pory będę miał z głowy Ojczulka.
Tatko już wychodził z Hotelu, a po nim została ścieżka utworzona z bezczynnie stojących funkcjonariuszy. Było ich kilkunastu. A chciałem wierzyć, że to tylko ściema jakiegoś wariata. Teraz wyglądało to na naprawdę poważną sprawę. Zapraszał wszystkich ze zmiany zawsze jak chciał, żeby cały świat widział jego dokonania. Szkoda, że CNN nie przelatuje dziś helikopterem nad Olsztynem, bo widok kilkunastu radiowozów to pewnie warta przekazania informacja, a podpisany pod rozwikłaniem sprawy Inspektor Sowiński- pękałby z dumy, piejąc, jak bardzo ceni Olsztyn jak i mieszkańców i ich wkład w funkcjonowanie świata i ludzkiej świadomości.
-Dlaczego mi to znowu robisz- warknąłem, jak tylko zrównałem się z nim, idąc w stronę stacji paliw STATOIL, która jest tuż obok. Pewnie będzie chciał tam ze mną napić się piwa.
-Wiesz Synku, kiedy miałeś piętnaście lat-wezbrała we mnie od razu ostra niechęć i złość.
-Tylko nie pieprz głupot, bo słowo daję przywalę Ci bez ostrzeżenia.
-Jak byłeś mały to zawsze chciałeś być jak ja. Ja wiem, że możesz być inspektorem dwa razy szybciej niż ja. Szczególnie jak dobrze rozwiążesz tą sprawę. Ale dla mnie to w końcu szansa na awans. Nie pusz się i nie afiszuj. Już i tak za dużo gadają, a nasze gry słowne – podniósł obie ręce robiąc w powietrzu cudzysłów – że niby się nie lubimy, przestają powoli działać.
-To po co robisz te akcje. Wierz mi lub nie, ale nie jest mi łatwo znosić to, że wparowujesz i urządzasz dramat, tragedia grecka. No proszę cię…-westchnąłem, kiedy kupował mi piwo.
-No napijmy się i miejmy to z głowy, jedno piwo nie zaszkodzi.
-Skoro musimy. Mam już cały plan na tą sprawę. Emilka sprawdza już psychiatryki i sprawdza charakter pisma tego listu z grafologiem. Błagam cię, nie chcę, żeby komuś stała się krzywda.
Usiedliśmy na barowych krzesełkach, które zwykle służyły przejezdnym, wpadającym tutaj na szybką kawę. A teraz dwóch mundurowych piło tam piwo. Przez ten kwadrans będzie to najbezpieczniejsza stacja w Olsztynie.
-Fajna ta Emilka, co? Dwójka policjantów w jednym mieszkaniu to trochę ryzykowne, ale może mogłaby robić coś innego i moglibyście razem zmajstrować nam jakiegoś wnuczka, co?
-Nie wierzę. Tylko o sobie myślisz. Tak, podoba mi się, ale nie chcę zrobić nic głupiego. Chcę powoli się za nią zabrać. Mieliśmy dziś iść na kolację.
-No to jazda. Właśnie Teść robi przyszłej Synowej przysługę i oddaje jej dobrego chłopa na noc- zarechotał jak stary grat.
-Tato, po co to robisz, tak serio cię pytam.
-Powiem ci. Robię tę szopkę, bo chcę zabłysnąć. To pewnie tylko zwykłe zastraszenie, bo kto by chciał zabijać tu ludzi. To nie Hollywood, Tadek- oj, jak nie cierpiałem jak tak się do mnie zwracał!
-Nie lekceważ tego zgłoszenia Tato. Mówimy tu o realnym zagrożeniu.
-Skończyłeś?
-Piwo tak, ale tematu absolutnie, powinieneś mnie posłuchać…-walnął pięścią w stół, co wybiło mnie z płynnego przechodzenia do meritum.
-Nie!- warknął tak głośno, że kobietka, która obok nalewała sobie kawę z automatu aż podskoczyła i na nieszczęście rozlała gorący napój na chyba wszystkie możliwe kafelki.
-No widzę, że zaczyna się rozmowa na poziomie – odczekałem odpowiednią ilość czasu, żeby kolejne słowa nabrały siły – na poziomie dwóch pijaków ze stacji paliw, gratuluję.
-Nie będziesz mi dyktował, co mogę, a czego nie mogę robić, gnojku- już teraz cicho, ale nadal z zaciśniętymi ustami i niskim chrypiącym tonem głosu.
-Jak chcesz. Odpuszczam. Rób co uznasz za słuszne. Ale nie możesz zakazać mi przebywać w tym hotelu. Jak będziesz miał z tym problem to jestem gotów znaleźć tam ich ostatni wolny pokój! – zszedłem ze stołka i ruszyłem w stronę hotelu.
Sowa Senior zarządził wywiady ze wszystkimi pracownikami. Siedzieliśmy z Emilką i ze swojej strony wykluczaliśmy wszystkie z możliwych opcji. To było naprawdę dziwne. Z jednej strony musiał to zrobić ktoś z gości hotelowych, ale realne wydawało się też, że któryś z pracowników chciał zrobić sobie jaja. Ten Dmochowski wydaje się być strasznym palantem.
Zbliżała się 19:30. Z przesłuchań nie wynikło nic. Z moich skromnych - wykonanych przez telefon komórkowy, zdalnie - starań również nie wynikło nic konkretnego. Przeglądaliśmy nazwiska osób, które obecnie przebywały na terenie hotelu. Sporo z nich wyczuło już atmosferę jaka panowała od godziny piętnastej na terenie hotelu, więc opuszczali swoje pokoje i grozili każdy jeden gość, że jak nie oddadzą im pieniędzy teraz to wygryzą je w sądzie.
Przesłuchanie reszty gości odbyło się dużo szybciej, bo jak się okazało sporo osób wyszło na zwiedzanie starówki i korzystanie z usług wspaniałych klubów, restauracji i kawiarni. Do 20:30 wszyscy zostali już przesłuchani i nikt nie spodziewał się, żeby telefon o 21:00 ktoś w ogóle odebrał.

-Inspektor Sowiński, z kim mam przyjemność rozmawiać?-powiedział, jak usłyszeliśmy, że ktoś odebrał i szumiał odgłos ciężkiego oddechu do słuchawki po drugiej stronie.
-Powiem to tylko raz. Potrzebuję osoby, która straciła kogoś bardzo bliskiego i zna imię utraconej osoby oraz powie jak sama się nazywa. Jeśli udzieli poprawnej odpowiedzi uchroni kolejne ofiary od śmierci. Zaproszę ją później do siebie i swoją obecnością ta osoba spowoduje, że śmierć przestanie tu się rozprzestrzeniać. Z pierwszym trupem będziecie mieli do czynienia za godzinę.

Bip, bip, bip. Rozłączył się. Wszyscy w gabinecie pana prezesa Dmochowskiego byli przerażeni, że ten koszmar śni się tu wszystkim. Mój tata zrobił się cały purpurowy, a szelmowski uśmiech, który do momentu odebrania telefonu malował się na twarzy, teraz skisł i zmarszczył brwi.
Senior wyszedł na zewnątrz jakby go coś odrzucało. Ogromna presja wzroku tych kilkunastu osób i tej jednej, Emilii, spowodowała, że szybko wziąłem się w garść. Skup się! Idę za Ojcem, a okazuje się, że on ucieka z hotelu. Biegnie, ile ma sił w nogach do samochodu. Krzyczę, wołam, nic, biegnie dalej. W końcu dopadłem go przy samym samochodzie.
-Co ty wyprawiasz!?- krzyknąłem ostro.
-Synu, musisz skończyć to sam. Jadę z mamą do yyy – podrapał się nerwowo po brodzie – nie wiem jeszcze, za granicę, byle dalej. Dziś będzie mój koniec. Rozumiesz? Przepraszam, że ci nie powiedziałem synu. Jestem z ciebie bardzo dumny. Tylko błagam, nie popełnij moich błędów!
Trzasnął drzwiami i pojechał. A to stary pryk! Co on nawywijał, że jakiś opryszek mu może zagrozić? Wracam do hotelu a tam nic się nie zmieniło. Każdy patrzy na mnie, czekając na rozkazy. Pomimo wyższych stopni innych funkcjonariuszy - nadkomisarza Lejki, podinspektora Chawraja, każdy i tak patrzył na mnie, czekając na to, czym mają się teraz zająć. Jak to załatwić!? Poprosiłem ze sobą Emilkę i postanowiłem wyrzucić najpierw jedną wątpliwość z wątroby. Tak, właśnie w miejscu wątroby czułem ucisk związany z nią.
-Podobasz mi się- wypaliłem jak z armaty, dałem chwilę, żeby odpowiednio zabrzmiało to wyznanie - i to bardzo, wiesz? – dodałem. Podszedłem pół kroczka i chwyciłem ją za prawą dłoń i zaglądałem na zwieszoną nisko głowę .
-Nie spodziewałam się takiego wyznania dzisiejszego wieczora…-trzymała spuszczoną głowę, żeby nie mówić mi tego prosto w twarz.
-Przepraszam, że w takich okolicznościach. Miałem na dziś wieczór inne plany. Wspólna kolacja, wino, świece, serio, uwierz mi. Tylko widzisz, co się dzieje. Mój ojciec zwiał jak poparzony. Zostawił mnie samego. Tylko ty mnie teraz nie zostawiaj mnie, proszę cię.
-Naprawdę miałeś takie plany? Jak długo tak się czujesz? – teraz patrzyła prosto w moje oczy. Jej śliczne, brązowe oczy czekały na odpowiedź, a ja na ten widok musiałem przełknąć ślinę. Kurde, jaka ona jest śliczna!
-Kilka tygodni czaję się z podjęciem tego kroku. Wiesz, współpraca układa nam się super, ale wiem, że to delikatne sprawy, nie chciałem narzucać zbyt szybkiego tempa. Naprawdę mi się podobasz.
Zaśmiała się cicho. Za chwilę przyszedł Chawraj i zapytał czy już wiadomo co mamy robić. Do śmierci pierwszej ofiary z listy szaleńca została godzina i 43 minuty. 
Minuty upływały jak sekundy. Każda chwila była na wagę złota. Wydelegowałem kolegów do przeszukania wszystkich pokoi. Raporty mieli wysyłać w smsach do mnie. W ciągu 70 minut, każdy pokój został sprawdzony pod kątem oznak czegokolwiek wskazującego na coś podejrzanego. Nie dostałem żadnego smsa. Tylko od każdej z ekip odpowiedzialny wysłał sms, że skończyli.
W tym czasie Emilia miała dzwonić do znajomych z posterunku, czy któryś nie będzie pasował do opisów. Nic nie znalazła. Bezsilność narastała z każdą minutą.
Zadzwoniłem o 23:00. Chwilę po wykonaniu telefonu trzymam rękę na przycisku wywołującego głośne wycie alarmu, i w tle cichy szelest wody.
Poczułem jak woda pryskająca na zgłoszony alarmowi ogień przytłacza mnie i dobija do ziemi. Biegłem jak szybko się da żeby zobaczyć trupa na własne oczy. Ta farsa wydawała się być nierzeczywista. To musi być kłamstwo albo jakaś mistyfikacja. W trakcie biegu krótkofalówką przywołałem osoby sprawdzające ten pokój półtorej godziny wcześniej.
-Boże!-krzyknąłem, jak zobaczyłem starą kobietę wykrwawiającą się na moich oczach z dopiero co poderżniętym gardłem leżącą w wannie – powiedzcie mi, co tu widzieliście.
Zanurzone w wodzie ciało kobiety w wieku około 70 lat wyglądało całkiem naturalnie. To sprawka gorącej wody. Twarz nadal miała naturalny kolor pomimo tego, że większa część krwi już spłynęła do wody i na zewnątrz wanny. Prysznic dolewał wciąż wody i wypłukiwał ciało z purpury wściekle oplatającej przemoczone ubrania.
-Była tu – przełknął ślinę i otarł czoło z potu - ta kobieta, ona była w świetnej formie! – mówił z niedowierzaniem łysawy posterunkowy.
-Dokładnie tak było, cieszyła się, że odwiedził ją jej syn – dodał jego wyższy kolega.
-Wezwijcie karetkę!- krzyknąłem i przeszedłem między nimi jak między pachołkami -Jej syn ją mógł zabić! - walnąłem pięścią w ścianę – Sprawdźcie wszystkie pokoje, on nie może się tu kryć przez cały ten czas. Drugiej ofiary ma tu nie być. Uratujemy ją! Zrozumiano?
-Tak jest- powiedzieli cicho i uciekli. Jeden z nich już wzywał pogotowie i tłumaczył o jaki hotel „Kopernik” mu chodzi.

WYRZUCAJĄ OGŁUSZAJĄCE KULE W POWIETRZE CAŁKIEM CZERWONE
-Jestem bratem bliźniakiem Pana Prezesa Dmochowskiego. – zaczął zwięźle człowiek stojący przodem do osłupiałych gości w pokoju numer 419. Absolutny spokój malował się na jego twarzy, a ton głosu brzmiał jakby czytał spis treści książki kucharskiej.-Nazywam się Krzysztof i jestem politykiem. Od dwóch lat pracuję w Sejmie i czuję się z tym fantastycznie. Tylko jest drobny szkopuł, bo zrobiłem w życiu tak wiele złego, że dalej już nie mogłem tak funkcjonować. Życie w kłamstwie i tym całym szambie nie dawało mi już spokoju. Dlatego postanowiłem upublicznić fakt, że ostatnie podwyżki i awanse, które przypisywano Sowińskiemu, tak naprawdę należą się mojej kasie zdobytej przez lewe interesy. Wszystko znajdziecie na tym łóżku. – wskazał palcem na łoże małżeńskie stojące w połowie pokoju, przy ścianie, po lewej stronie. Tadeusz wolnym krokiem zbliżył się, żeby ogarnąć wzrokiem zawarte tam dokumenty- wcześniej byłem strasznym typkiem. Dużo ćpałem i piłem. Uczestniczyłem też w strasznych spotkaniach bandytów i oprawców. Ich też pragnę wydać. Jednak największy żal miałem do rodziców. Marian był straszną szują. To jak mnie traktował zasługiwało na straszną karę. Ale to nie on na to pozwalał tylko rodzice. Dlatego dziś znaleźliście ich trupy. Nie martwcie się, jeśli myślicie, że przyszliście za późno. Tak miało być. Nic by nie dało wcześniejsze zgłoszenie się Emilii.
Grobowa atmosfera i nieprawdopodobnie spokojny, sprawozdawczy ton głosu Krzysztofa nadawał temu pokojowi dodatkowej aury tajemniczości. Jakby wszystko co mówił było fikcją, zwyczajnym wymyślaniem historyjki, ale mogło być prawdopodobne, chociaż w małych detalach. Kiedy zarówno Emilia, jak i Tadeusz zaczynali coś mówić on gasił ich gestem wskazującego palca i mówił: „słuchajcie, bo powiem to wszystko tylko raz”.

Wydałem wszystkim taki sam rozkaz, żeby przeszukiwali pokoje kogokolwiek, kto nie jest funkcjonariuszem policji i usiadłem w sali konferencyjnej hotelu koło Emilki.
-Wiesz…-zaczęła nieśmiało.
-No mów, nie krępuj się, każdy pomysł może być dobry – postarałem się delikatnie zachęcić strapioną dziewczynę.
-Moja siostra kiedyś zaginęła, wiesz? Miałam 20 lat i moja Mama spuściła ją z oczu na kilka chwil i już jej nie było. Ktoś tylko czekał na tą chwilę i zabrał ją ze sobą. Miała 6 latek. Była rozkosznym słodkim rozrabiaką, wiesz co mam na myśli? Czułam, że ta jej ufność do ludzi nie wyjdzie nam na korzyść. Zabrał i pewnie zabił. Dochodzenie zostało umorzone. Tylko ja chodzę jeszcze na grób i ją odwiedzam, wiesz? Z całej rodziny, tylko ja.
-Nie wierzę! To niemożliwe, dzieci się przecież tak nie zapadają pod ziemię. A nie przeszło ci przez myśl, że mógł się o nią zatroszczyć jakiś dziwak desperacko chciał z żoną dziecka, ale nie mogli i sobie komuś podebrali dziecko- na te słowa Emilia wyraźnie się zezłościła. Ale jak ona mogła zwlekać z tym tyle czasu. Mamy już jednego trupa, a ona dopiero teraz o tym mówi!?
-Nie, to niedorzeczne brednie. Ten wariat na pewno ją zabił, rozumiesz?-powiedziała to takim tonem, w którym nie mogłem się nie zgodzić.
-Ok, rozumiem. To musiała być straszna trauma. Ale powiedz, dlaczego zdecydowałaś się mi to opowiedzieć?
-Może skoro ten człowiek bardzo chciał mordować wtedy, może chodzi o mnie? Może właśnie mnie szuka. Chce, żeby się przedstawiła pod drzwiami osoba, która kogoś straciła i z tego powodu zaczęła pracę w policji. A tak było w moim przypadku.
-To trzyma się kupy. Daj mi kilka minut. Zaraz powinienem dzwonić po raz trzeci. Dziękuję Emilko – chwyciłem jej dłoń, na co odpowiedziała szczerym i spokojnym uśmiechem.
-Ufam ci – zacisnęła rękę i poczułem ciepło w sercu.

Dzwonię o 1:00 i krzyczę od razu:
-Znam odpowiedź: Emilia Baran straciła Weronikę, powtarzam, Emilia Baran straciła Weronikę.
-To już nieważne - mówi znowu spokojnym, informującym jak pogodynka głosem facet po drugiej stronie słuchawki – teraz zadecydujecie o trzecim trupie. Zapraszam do pokoju 419. Czekam tu na Was.
Spojrzałem na wszystkich.
-To co tam się wydarzy, należy do nas. Stójcie gdzieś blisko i czekajcie aż was tam wpuszczę, ok? Idziemy!

NIKT NIE ULECI W NIEBO
-Był kiedyś moment, w którym zmarnowałem wszystko, co dostałem od rodziców. Z pensji nie wystarczyło mi na to, żeby spłacić długi. W końcu zabrano mi wszystko i zostałem bezdomnym. Przez jakiś czas zależało mi na sypianiu w noclegowni dla bezdomnych na ulicy Towarowej. Jednak z czasem znalazłem jakiegoś pieska przybłędę i zaczęliśmy w cieplejsze dni szukać ciekawych miejscówek na spanie. W Olsztynie nie zabrakło dobrych ludzi, co dorzucili się do codziennego posiłku i czasami uzbierałem na fajne pół litra. Po jakimś czasie, wyobraźcie sobie, że jakaś grupa przechodniów postanowiła zabrać mojego Maksia, bo wyglądał na niedokarmionego i zostawili mnie samego. Zrozumiałem właśnie w tej chwili, jak siłą zabrali mi pieska o którego się troszczyłem i który mnie kochał, że trzeba do ludzi dotrzeć. Jak to możliwe, że obojętność na drugiego człowieka jest tak straszna, że ludzie wolą zajmować się zwierzętami niż sobą nawzajem! Zapewne jeden z drugim chrześcijanie o wielkiej wierze! Psie syny!
Zapanowała dziwna cisza. Monolog, do jakiego przyzwyczaił Krzysztof, nagle zatrzymał się jakby już nigdy miał się nie odezwać. Narracyjny styl opowiadania w którymś momencie nabrał ludzkiego, emocjonalnego czynnika.
-I wtedy zacząłem szukać pracy. Akurat żebrałem pod dworcem, kiedy jeden z dystyngowanych, ubranych w garnitur panów zapytał mnie, czemu nie wezmę się za pracę. Powiedziałem, że zrobię wszystko, jeśli coś tylko dla mnie znajdzie. Opowiedziałem mu o długach i o tym, czym się zajmowałem i co lubiłem robić na studiach. Powiedział, że potrzebuje lojalnych i szczerych osób. Uznałem, że chcę taki właśnie być w życiu i przystałem na jego propozycje. Zaczęło się od zastraszania ludzi z nożem na parkingach osiedlowych. Miałem tylko zagrozić nożem, żeby dane osoby poczuły, że potrzebne im nowe mieszkanie na innym osiedlu, do czego skłaniał ich inwestor powiązany z moim nowym szefem. Jednak po jakimś czasie potrzebował dziewczyny na handel.
Emilia wzdrygnęła się. Dobrze przeczuwała, że chodzi mu o Weronikę.
-Tak, Emilia, kazał mi ukraść tobie córkę.
To była moja córka? – pomyślała Emilia.
To była jej córka, pewnie wstydziła się wprost o tym powiedzieć. Jeśli mając 20 lat miała 6-letnią córkę to chyba wcześnie zaczęła – myślał Tadeusz.
-Ojej! Ktoś tu wyparł chyba prawdę – zaśmiał się szaleńczo – tak, tak, tak! Właśnie! Twoja córka poszła w twoje ślady i prostytuuje się w Niemczech. Możesz być z niej dumna, bo mój przyjaciel mówił mi, że wybrałem najlepszy towar z możliwych.
Na te słowa Emilia wyciągnęła pistolet.
-Zginiesz śmieciu!
-Emilia, uspokój się, on cię prowokuje!-ryknął szybko Tadeusz.
-Zasługuję na śmierć, to prawda. Tak samo jak moi rodzice zasłużyli bym ich zabił. Matkę już widzieliście, Ojciec tu leży. W łazience, sprawdźcie. No! Dalej! Zrób to! Poczujesz się lepiej, a dzięki informacjom, które znajdziesz na łóżku, będzie Ci łatwiej odnaleźć córkę.

ZIEMIA PRZYCIĄGA CIAŁO I OŁÓW

Kiedy staliśmy naprzeciwko siebie wszystko wydawało się zwyczajne oprócz tego, co działo się w głowach każdego. Emilka stanowczo trzymała przed sobą naładowany pistolet i była gotowa zabić oprawcę swojej córki. Ten człowiek był gotowy na śmierć za to, co zrobił. Dopiero co zabił swoich rodziców i na dodatek przyznał się do wszystkich swoich grzechów. Ja nie umiałem zatrzymać tego pociągu emocji jaki pędził przez cały dzień. Czułem, że to co się zaraz wydarzy, będzie miało cholernie wielki wpływ na to jak potoczą się losy każdego z nas. Ten człowiek po postrzale mógł przeżyć. Dobijała się do drzwi cała eskadra wspaniałych olsztyńskich funkcjonariuszy gotowych w pierwszej chwili oskarżyć Emilię za to, co właśnie planuje zrobić niż usprawiedliwić fakt, że prawdziwy bydlak stoi pod oknem z rozłożonymi, zakrwawionymi rękoma. Finał zbliżał się z każdym tyknięciem zegara. Nic już nie będzie takie samo. Emilia nabiera powietrza w płuca i zamiera, jakby to był ten moment. Cisza. Nagle wypuszcza powietrze i roni łzy.
-Dlaczego to zrobiłeś?
-Tak jak mówiłem, nie miałem pieniędzy, a oni płacili mi więcej niż mogłem sobie zamarzyć. Nie czuję do końca, żebym popełnił prawdziwe wykroczenie. Czułem jakbym wykonywał to, do czego zostałem zaprojektowany przez swoich rodziców.
-Jakieś ostatnie słowa? A z resztą! Nie zasługujesz by żyć!- ręce jej drżały w konwulsjach, a z oczu i nosa płynęły gęste łzy. W moment lały się czarnymi smugami kałuże rozlanego makijażu.
Bum! Strzał z pistoletu zatkał uszy każdemu. Kula, której sama Emilia nie była gotowa wystrzelić przeszyła szybę, która z głośnym hukiem przemknęła w stronę budynków na Osińskiego. 

W tym momencie, kiedy Krzysztof zorientował się, że kula nie trafiła w żadną z części jego ciała, ruszył na Emilię, żeby ją powalić. W tej jednej sekundzie zrozumiałem, że ten bydlak nie czuje się w żaden sposób gotów na umieranie. W pół sekundy wypiąłem swój pistolet, wymierzyłem w niego i oddałem strzał w okolice brzucha. Na dźwięk trzeciego wystrzału wszyscy za drzwiami ucichli wiedząc, że to już nie przelewki. Krzysztof padł jak długi. Dopiero zobaczyłem, że w ręku ma nóż, który jakimś cudem musiał kryć gdzieś w rękawie albo kieszeni spodni. Hałas od wystrzałów z pistoletów jeszcze niósł się w pokoju i uszach. Spojrzeliśmy na siebie. Emilka patrzyła na mnie przez kilka chwil z przechyloną na bok głową, jakby pytała co ja zrobiłem, dlaczego nie dałem jej wykonać tego wyroku.
-Ja go zabiłem. Nie Ty. Szukaj siostry, Emilka. Biorę to na siebie, słyszysz? Znajdź ją. Masz zapewne potężną bazę informacji w tych aktach. Ja zbiorę za to odpowiedzialność.
Nic nie powiedziała. Zabezpieczyła ostrożnie broń, po czym schowała ją do kabury na udzie. Szła powoli w moją stronę, a ja mogłem odłożyć broń na stoliku i patrzeć jej w oczy. Przytuliła mnie bardzo mocno. W pierwszej chwili aż straciłem oddech. Usiedliśmy na łóżku.
-Dlaczego to zrobiłeś? Nie mogłeś… - urwała i zakaszlała - Teraz będziesz miał ogromne kłopoty.
-Szukałem powodu, żeby moje życie miało sens. Z całej tej chorej sytuacji ja miałem najlżej. Może jak to przeżyję, to będę bogatszy o doświadczenie? Może coś się ruszy w moim życiu?
-Wrócę po ciebie i damy sobie odpowiednią ilość czasu na poznawanie się jako partnerzy w życiu, a nie tylko w pracy. Za ten jeden gest oddania i uratowania życia, będę cię kochać nad życie i całe życie. Dziękuję – rozpłakała się i przytuliła. 


Kto wie, może nie spieprzyłem sobie życia aż tak mocno.

(Śródtytuły stanowią wiersz Zbigniewa Herberta Wojna)