Szpital - rozdział 9



ANIA
Stoję przed windą i waham się. Maciej stoi przede mną już w windzie i wygląda na mocno zdezorientowanego. Jakby pytał: „idziesz, czy nie?” ale grzecznie milczał i czekał. Odgoniłam od siebie myśl, że mogło mu się coś wydarzyć i wsiadłam. Maciej nadal szanował to co się działo w mojej głowie, a najwidoczniej mocno widoczne na mojej twarzy, bo speszony chował wzrok kiedy tylko napotkał mój wzrok. Przestronna winda trzęsła się i wyła jak sfatygowana prasa. O tym, że dojechaliśmy na poziom -2 poinformował nas trzask osiadającej windy na podłodze, oraz warkot roztwierających się drzwi. Widok żółtych ścian i okrutnie długiego, szerokiego na jakieś cztery metry korytarza przyprawił o mdłości. 

-I to jest archiwum?
-No – podrapał się po głowie jakby trochę uspokojony.
-Oprowadzisz mnie? Przecież ja się zagubię w tym korytarzu.
-Jasne. Za mną.





Pokazał mi pokoje po prawej i lewej stronie. Zawierały ogromne szafy przesuwane na szynach. Przyklejone do siebie regały sprawiały wrażenie, że dane zachowane tam nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Powiedział, że tu są sprawy najświeższe, jednak im dalej w las tym starsze dokumenty znajdziemy. Na jeden pokój jest około dwóch i pół roku aktów, dokumentów i opisanych przypadków. Więc jeśli mamy szukać informacji o śmierci moich rodziców powinniśmy pójść do trzeciego rzędu pomieszczeń. 

-Chodźmy tam – wskazałam palcem i wzięłam go za rękaw – tam znajdziemy to czego szukamy.
-Powiesz mi w końcu czego szukamy?-wyrwał się z uścisku i stał.
-Zaufaj mi. Zaraz ci wszystko wyjaśnię.
-Okej. Tylko mnie nie szarp, błagam cię.

Szliśmy i powoli zaczęło do mnie docierać w jak bardzo popapranej sytuacji się znajduję. Wchodzę do ciasnych pomieszczeń z obcym człowiekiem w celu wspólnego spiskowaniu przeciwko szpitalowi pozwalając swojej wyobraźni na totalną fantazję. Ba! To fantastyka, wymyślanie sobie, że szpital zabija ludzi, niby po jaką cholerę?! Wchodziliśmy do pokoju w którym mieliśmy znaleźć dane moich rodziców. Podobno zmarli w skutek „powikłań powypadkowych”. Co to oznaczało? Zaraz się dowiemy. Rozpracowanie systemu przechowywania ustalił wcześniej Maciej, więc pozwoliłam mu poszukać aktów podając mu jedynie datę zgonu jaką zapamiętałam wyjątkowo dobrze. W sumie jak nic innego na tym świecie.

-Co myślisz o tym miejscu, Maciek?
-Co? Jak to, co myślę o tym miejscu?- zapytał zdezorientowany.
-No jak myślisz, co może złego robić obsługa szpitala, że powinniśmy to nagłośnić. Co czujesz?-pomagałam przy argumentacji bardzo poważnym tonem głosu i gestami. Myślę, że nie wziął mnie za wariatkę.


Parsknął śmiechem.


-Słuchaj, ja przeżywam tylko dlatego, że się naoglądałem horrorów, i tylko dlatego. Mam wybujałą wyobraźnię i dopowiadam sobie, że dzieją się tu jakieś straszne rzeczy a wszyscy myślą tylko o tym, żeby nas zjeść – wskazał palcem na głowę – wszystko dzieje się w naszych głowach. Ty dobrze powinnaś wiedzieć co to znaczy paranoja.

Ha! Jakby zgadł. Dobrze wiem, że mam paranoję, tylko jak nad nią zapanować!? Oto jest pytanie!


-No dobra, ale odrzucając już wszelkie dociekania, domysły i uprzedzenia. Na logikę Maciej, jak myślisz – dałam chwilę, żeby odciął się od swojego punktu widzenia – jak myślisz co może robić szpital złego ludziom, społeczeństwu. Spójrz na to oczami klasycznej pani Krysi, albo pana Staszka. Co szpital może zrobić takim ludziom.
-No nie wiem, może nie traktować śmierci poważnie? –rozłożył bezradnie ręce. Tylko tyle masz do zaoferowania? Serio?
Nadal milczy. W końcu znalazł. Dokument oznaczony był pieczątką : SKLASYFIKOWANO: TAJNE. A teczka była pusta.
-No ładnie-podrapałam się po głowie oczekując od nowego kolegi iskry, jakiegoś przebłysku w głowie. Na nic moje czekanie. Pustka i sen w głowie młokosa.
-Dobra, koniec tej zabawy na dziś. Pracuj tu ładnie do rana, tylko jakbyś był łaskaw mnie odprowadzić…-uśmiechnęłam się w miarę uczciwie.
-Oczywiście, przepraszam, zamyśliłem się – wstał nerwowo i podbiegł do wyjścia.
-O czym myślałeś?
-Spotykam się z takimi dokumentami dosyć często, wiesz?
 -Jak to!?-krzyknęłam spontanicznie.
-No tak. Takie teczki zdarzają się często. Jak chcesz, pokażę ci w umowie dyspozycję, że jak znajdę takie teczki mam jej zawartość natychmiastowo palić.
-Powiedz, że znajdziesz mi te dokumenty. Nie spaliłeś ich jeszcze, prawda? Błagam, powiedz, że …
-Nie spaliłem, ale szukania będzie na jakieś kilka godzin. Na końcu korytarza zgromadzam wszystkie takie dokumenty. Jak chcesz, poszukam Ci twoich. Tylko musisz mi powiedzieć jaki masz motyw.
-Jak dobrze, że nie jesteś skończonym idiotą-odetchnęłam z ogromną ulgą. Taki palant mógł urwać moje całe śledztwo w tym jednym momencie. Już przecież wiadomo, że szpital coś ukrywa, skoro śmierć moich rodziców wyjątkowo określono mianem tajnej śmierci.

-Powiesz, czy nie?
-Myślę, że w tym szpitalu prowadzi się nieodpowiedzialne środki leczenia. Jestem na to wrażliwa, bo uważam, że przez jakieś zaniedbanie, albo błąd jakiegoś lekarza moi rodzice zostawili mnie tu samą-wzruszyłam się, albo zaraz zacznę płakać.
-Przykro mi, że to cię spotkało – ciężko mi określić, czy to był jednie pusty frazes, czy coś głębszego.
-Na kiedy uda ci się znaleźć ten dokument. Poszukasz go na jutro?
-Oczywiście, żaden problem. Idź do domu odpoczywaj, tylko…-zawstydził się i spuścił wzrok.
-Tylko co?-zapytałam być może zbyt rozdrażnionym głosem.
-Tylko musisz podać swój numer telefonu, spotkamy się jakoś na mieście i ci przekażę ten dokument. Tylko błagam, nie nadużywaj mojego zaufania, dobra?
-Co masz na myśli.
-Nie wykorzystaj tego na moją niekorzyść – w końcu, po takim czasie powiedział coś jak prawdziwy facet. Szczerze i prosto z mostu. I to lubię.
-Oczywiście, możesz mi ufać. Obowiązuje mnie klauzula poufności świadków – ściemniłam coś na poczekaniu.
-To dobrze.

Podałam mu numer telefonu kiedy szliśmy w stronę windy. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz usłyszałam jak wyje syrena karetki i wyjeżdża spod szpitala. Z bliska wycie syreny aż zatyka uszy i sprawia ból. Stoi na wyjeździe ze szpitala i jakby się zastanawiali jak pojechać tam gdzie mają cel. Pojechali w prawą stronę, w stronę dworcowej. 


To tam słyszałam huk. Pożegnałam się z Maciejem i postanowiłam biec ile sił w nogach w stronę wypadku. Na dworcowej karetka skręciła w prawo. O nie, przed szpitalem nie ma Pawła. Powinien być tu i wydzwaniać do mnie już ze dwadzieścia razy. To on miał wypadek. Tylko żeby nic mu się nie stało. Tylko żeby żył!