Szpital - rozdział 8

PAWEŁ
Zobaczył dwudziestą pierwszą trzydzieści na swoim zegarku. Postanowił wziąć skórzaną kurtkę i powoli schodzić do samochodu. Padał już śnieg na dobre. Uwielbiał ten moment kiedy wszystko stało w miejscu – samochody na parkingu, śmietnik, lampy – a dookoła padał gruby śnieg. Wydawało się jakby w niebie była olbrzymia bitwa na poduszki, której efektem jest obserwowany opad. 





Idąc w stronę samochodu kręcił głową z niedowierzania, że pozwolił żonie na takie szaleństwo. Rozumiał jej chęć porozbijania się na torze gokartowym. Rozumiał adrenalinę z jaką wiązał się spacer po parku linowym na najwyższej trasie. Ale przesiadywanie godzinami w szpitalu, ukrywanie się w łazience i węszenie spisku, bo może ludzi tam zabijają, a nie giną tak po prostu? To już za wiele. Oj porozmawiamy sobie jak wrócisz, myślał Paweł. Usiadł na miękki, wygodny fotel swojego audi i od razu poprawił mu się humor. Odpalił i pojechał. Przypominał sobie jak w ciągu całego dnia musiał się stresować z powodu tego co napisał. Myślał sobie co robi nie tak, że każdy wydawca traktuje go jak niedouczonego mięczaka i musi się płaszczyć, żeby ktokolwiek wydał kolejną jego książkę. Do tej pory jego opowiadani cieszyły się bardzo dobrymi opiniami w swoim specyficznym gatunku pisania. Dlaczego pomimo doskonałej sprzedaży jego dwóch do tej pory książek, i tego, że kocha to co robi nikt nie jest w stanie zagwarantować mu zarobków? Musi dorabiać jako lektor książek w audiobookach, komentowaniu książek innych autorów od których czuje się lepszy. Nawet się nie zorientował jak podjeżdżał pod szpital. Pomyślał, że ma jeszcze piętnaście minut i zamiast zatrzymać się pojechał w stronę osiedla Jaroty na przejażdżkę.



Śnieg zaczął padać naprawdę srogo. Droga szybko pokrywała się śniegiem, a samochody nie nadążały rozjeżdżać go oponami.  Jechał Dworcową i zatrzymał się na światłach przy skrzyżowaniu z Pstrowskiego. Zmienił w radiu opcję, aby mógł słuchać muzyki z pendrive. Włączyła się pierwsza piosenka z filmu Drive – Nightcall Kavinsky’iego. Ruszył kiedy tylko zobaczył zielone światło. Bas z głośników i klimatyczne dźwięki wzbudziły ciarki na plecach. Jazda z takim podkładem muzycznym zamienia się w niezwykłą przygodę.


Jego wzrok przykuły światła dla pieszych, jakie uruchomiły się chwilę później, niż jego – dla samochodów. Raczej przykuła jego uwagę dziewczyna, która miała na sobie taką samą jeansową bluzkę zapinaną na złote guziki. Taką samą miała na sobie Ania jak pierwszy raz się spotkali. Widział nawet jej twarz. Kiedy był na środku skrzyżowania usłyszał huk, jakby wystrzał z armaty.





ANIA

Kiedy wrócił ten śmierdzący pijaczyna ledwo udało mi się powstrzymać od wymiotowania. Dochodziło wpół do dziesiątej, więc mieliśmy już nie dużo czasu na przejrzenie dokumentów moich rodziców z wypadku. To sprawa po której będę mogła odpuścić. Niestety nic więcej się z Maćkiem nie dowiedzieliśmy niż tego, że "napijają" się tu praktycznie co noc dziewczyny i kroją ludzi. Mówił, że ma pamięć do twarzy i nigdy się nie zdarzyło żeby te blondynki się powtarzały, codziennie przychodziły inne. Jednak niekiedy nie stacjonował tutaj i nie jest w stanie przysiąc, że ten ordynator po prostu zamawiał sobie panie do towarzystwa. Potwierdził jednak, że zawsze jednak mu towarzyszyły jakieś dwie miłe panie o blond włosach. Kiedy już wycisnęliśmy z niego wszystko co mogło nam się przydać zostawiliśmy go z nowo nabytą przyjaciółką, Amareną.


- Niezły koleś, co? – powtarzasz się chłopie.

-Chodźmy lepiej do tego twojego archiwum. Będę szła tuż za tobą, nie masz co się bać, obronię cię – i uderzyłam go piąstką w ramię. Chyba ciut za mocno, bo aż się złapał w tym miejscu i syknął.

-Weź już daj spokój – powiedział wolno. Po chwili dodał jeszcze – Nie wiesz nawet jak mnie tamta sytuacja wystraszyła.

- To co się tam wydarzyło?

-Ciężko to opisać – szliśmy już oświetloną drogą spowrotem do budynku, z którego wybiegłam chroniąc się przed sprzątaczką-wampirzycą. Przeszło mi przez myśl, że Paweł powinien mi napisać smsa, że już czeka. Zawsze był przed czasem. Może się obraził na mnie za tą akcję w szpitalu i że zaniedbałam go.

-… i ledwo winda mnie stamtąd zabrała. Nie wiem kto tam stał, ani co to był za dym. Czy to było wszystko w mojej głowie, czy co? Wiem, że teraz już czuję się lepiej i musimy być ostrożni. Słyszałem kiedyś o tym, że do koncertowego dymu dokładają jakąś substancję psychoaktywną, która powoduje, że publiczność blisko sceny doznaje abstrakcyjnych doznań.


-Wow, abstrakcyjne doznania. Opisz to, proszę cię – zaśmiałam się.

- Mówię ci, trzeba tam uważać. I jest jeszcze ochroniarz. Patrz, tam jest kamera – kiedy wchodziliśmy do korytarza faktycznie rzucała się w oczy duża, biała kamera zawieszona na suficie, a która obracała się o sto osiemdziesiąt stopni i zawracała. 


- Znasz tego ochroniarza chociaż? Jest z tobą? – zapytałam ostrożnie.

- Właśnie niby z nim gadałem, wiesz…

-Ciszej trochę, zaraz pacjentów pobudzisz.

-Tu już nie ma żywej duszy oprócz personelu. Ale dobra – uspokoił mnie gestem dłoni, podniesionych w moją stronę, że już będzie grzeczny – gadałem z tym cieciem – mówił już szeptem – ale gość jest dziwny. Serio, pomyśl, kto normalny pracuje w takim miejscu przez powiedzmy 20 lat, co?

- No, to nie jest normalne. Daleko jeszcze do tego archiwum? – zapytałam poirytowanym tonem.

- Właściwie to jest dwa poziomy pod nami, ale jedyna winda jaka tam prowadzi, jest na końcu tego skrzydła. Skręcimy teraz w prawo, i na końcu korytarza będzie ta licha winda, o której ci opowiadałem.

-Brzmi to wszystko upiornie.


21:50 na zegarku. Zaczyna mi się robić gorąco na twarzy a serce schowane gdzieś w głębi trzewi wali z ogromną siłą. Podchodząc do windy słyszę dzwon roztrzaskiwanych aut. 


- To nie może przytrafić się mojemu..- zastygłam w bezruchu.

- Komu?





PAWEŁ


Huk, uderzenie, trzask, dzwon. To były sekundy. Co się w nich wydarzyło?




Zielone światło. Jestem pewien, że było zielone. Jadę odwracam głowę, patrzę w prawo. Kątem oka dostrzegam gaszone i zapalane światła i sunący centralnie na mnie samochód ciężarowy. Odwracam głowę w lewo. Zza budy ciężarówki zaczęła bokiem sunąć naczepa. Na moje szczęście po jej prawej stronie, a na nieszczęście jadącego obok małego samochodzika, który był spychany jak piłeczka na bok, przez duży zgarniacz. Przyśpieszałem, jednak zderzenie było nieuniknione. Widok mnie przeraził i dałem gazu do dechy. Zamiast jednak przyśpieszyć, koła zaczęły mielić w miejscu. Łup.


Sunąłem odbity tak, jakby niewidzialna ręka przesuwała mój wóz jak resoraka. Potem koziołkowałem i wpadłem na stojący grzecznie na czerwonym świetle auto. W karambolu łącznie wzięło udział siedem aut. Ciężarówka po zmieceniu mnie i samochodu, który jechał obok niego, walną jeszcze w samochody, które jechały w tym czasie prosto. Nie czekając aż cokolwiek się wyjaśni wypiąłem się z pasów i szukałem opcji wydostania się z pogniecionej puszki jaką wydawał się w tym momencie mój samochód. Zorientowałem się, że moja lewa noga jest dziwnie wykręcona, więc naparzałem prawą nogą w drzwi zapierając się całym sobą na siedzeniu. Po którymś kopniaku drzwi puściły i wypadły z zawiasów. Wyszedłem i upadłem próbując oprzeć się na lewej stopie. Powoli docierało do mnie, że zaraz zabiorą mnie do szpitala.