Szpital - rozdział 7

MACIEJ

Jaka śliczna ta dziewczyna – pomyślał tłumacząc, co robi wieczorem na dziedzińcu wewnętrznym Szpitala. Autentycznie mu się spodobała. Czekał, żeby powiedzieć o nowo napotkanej znajomej swojej dziewczynie, że świetnie by pasowała do jej planowanej sesji zdjęciowej. Blond włosy, ten błysk pasji w oczach i wygląda na całkiem wysoką, chociaż w tym momencie siedzi przykucnięta w krzakach. Myślał już jak zagadać, żeby móc wyciągnąć od niej numer, kiedy usłyszał jak coś zmierza w ich kierunku. Jakaś duża postać na tle małej poświaty wydawała się być zombie. Warcząca istota szeleściła nogami po śniegu. Dźwięk przypominał trochę jak rozdrabnianie nogami chipsów, a trochę jak świszczące szorowanie widelcem po talerzu. Postać zataczała się chwiejnym krokiem, jednak w stałej amplitudzie wychylenia. Postać chwyciła się pnia drzewa przy którym siedzieli przykucnięci. Wyraźnie odzyskała równowagę i kaszlnął prosto na głowę Ani zostawiając na niej wszystkie niesamowite rzeczy jakie można tylko wykaszleć. Smród ciągnący się za postacią dopiero dotarł do nosa Macieja. Rozpoznał, że to nie żaden upiór czy zmutowany umarlak, a zwykły żul. 





-Ghaale…-chwila zastanowienia- ghaaale co tu się dzieje?-zapytał grzecznie ubrany w trzy płaszcze, czarną czapkę zachodzącą na oczy spod których wydobywały się kędziory czarnych włosów-to moja kwatera-dodał istotnie zaniepokojony jegomość.

Maciej był w tak ciężkim szoku, że zanim dotarło do niego, że zajęli czyjeś miejsce spoczynku już zdążyła narosnąć w nim agresja i chciał wstać i bić Bogu ducha winnego pijaczynę. Zerwał się na równe nogi i z zaciśniętą dłonią dał krok w stronę właściciela placówki pod drzewkiem z widokiem na prosektorium.

-Ghale czy ja pana czymś ura... - pijacka czkawka nie dała do kończyć zdania za pierwszym razem-uraziłem?-podniósł obie ręce jakby się poddawał. Jakby miał białe majtki, zawiesiłby je na kiju, żeby pokazać, że chce pokoju. Trudno jednak przy takim trybie życia dbać o czyste, białe majtki.

No i w tym momencie dotarło do Macieja, że to co robi jest niegrzeczne, bo przecież ten człowiek tu sobie spędza noce. Rozluźnił więc dłoń i podał dłoń na przywitanie.

-Maciej jestem-rzucił kątem oka na Anię, która w przerażeniu drżała jeszcze zębami i patrzyła jakby w ogóle nie uczestniczyła w tym co się dookoła dzieje.

-Whitam w moich - kaszel tym razem nie dopuścił, żeby zdanie zostało wypowiedziane jednym tchem. Jednakże teraz wypluwał charki i plwociny kulturalnie w czarne rękawiczki z obciętymi palcami, z których wystawały grube, opuchnięte, poniszczone paluchy z zaniedbanymi, długimi jak u dystyngowanych pań z tipsami, paznokciami. Oczywiście kaszel skierował na prawą rękę, którą po chwili wytarł o umorusaną błotem i wszystkim co się znajdowało obok pod śniegiem, kurtką, którą akurat miał jako ostatnią na wierzchu-He-znowu salwa kaszlu, która została wywołana przez nabranie marznącego z każdą chwilą powietrza do chorych płuc, po kolejnych spazmach kaszlu w końcu spiął się cały w sobie i powiedział niskim głosem-Henryk – i solidnym męskim uściskiem podał rękę Maciejowi. 

Kiedy wypoczęty po kilkugodzinnej drzemce Pan Henryk już miał uderzać w przemowę do niewątpliwie szanownej, pięknej i sympatycznej Panny obok całując ją w dłonie, a być może i potrójnie całując w policzki, czego w opinii Macieja Ania by nie chciała, Ania wstała i schowała się za Maciejem.

-A ja jestem Ania-powiedziała krótko sprawdzając sytuację w sali prosektorium. W tym momencie wszystko co miała w brzuchu podeszło jej do gardła. Widok rozkrojonego ciała, który przykuł uwagę wzroku, oraz smród stęchlizny, brudu i skondensowanego potu, który wiernie podążał za Panem Henrykiem stanowiło olbrzymie wyzwanie. 

-Dlaczego Pan tu spędza czas? Nie boi się pan, że pan zamarznie na śmierć, Panie Henryku?-zapytał Maciej udając rzeczowego, konkretnego faceta, którym zawsze chciał być.

-Ghhaaależ oczywiście, że się nie boję, Paanie - ni to ziewną, ni to kaszlnął, ciężko to opisać co teraz wykonał Pan Henryk. Niby wciągał powietrze a rzęziło w płucach gorzej niż podczas kaszlu – bo widzi Pan, Panie, prawda, tutaj pod tym drzewem przebiega jakaś rura grzewcza, i przez większość dnia i trochę nocy jest tutaj naprawdę komfortowo. Poza tym, mam tu lepszą rozrywkę niż telewizor, proszę tylko spojrzeć. Rozkładam się, prawda, tutaj pod drzewkiem, grzeje mi w dupkę, brakuje tylko jakiegoś wina i można oglądać „Ostry dyżur” na żywo.

Maciej, aż zaniemówił, dopiero sobie uświadomił, że nie było śniegu w pasku o szerokości półtorej metra, w odległości od drzewa na wprost do samego prosektorium. Nie pytał dlaczego stoczył się z górki na bok, bo zapewne brak komfortu ciepełka w tyłek zbudził go z błogiego snu pijaka.

Postanowił pójść na układ, że da mu 20 zł na flaszkę i da im jeszcze pół godziny oglądania tego co nazwał „ostrym dyżurem” na żywo. 

-Ale gość, co? Ciebie też tak wystraszył?-Maciej zapytał Anię.
-Nie zniosę tego smrodu ani minutę dłużej. Mam już dosyć akcji na dziś. Zwijam się stąd - powiedziała Ania mocno poirytowana tą pogawędką z przyjacielskim żulem. Bała się znowu rzucić chociaż okiem na to co się dzieje na sali.
-Pomyśl tylko ile od tego żula można będzie się dowiedzieć. Poczekaj ze mną na niego. Powiedz mi tylko, co według ciebie się wyprawia w tym szpitalu.
-Jesteś na tyle silny, żeby zobaczyć co się dzieje, na tej sali?
-Tak, cały czas staram się mieć jedno oko tam, naprawdę się dziś przestraszyłem w archiwum, i uciekając stamtąd trafiłem na ciebie. Odkąd wszedł tam ordynator – na to słowo Ania drgnęła wyraźnie – dziewczyny biegały dalej przy nim i pomagały mu rozkrajać tą biedną kobiecinę. Wyglądało to zupełnie niepoważnie. Jakby rozpakowywali karton z prezentami. Cieszyli się tańczyli, popijali alkohol. Teraz wygląda na to, ze już kończą, ale w między czasie przywieźli dwa worki. To jakaś paranoja Aniu, trzeba to nagłośnić. W jakiej gazecie pracujesz?

Ani zaczynało się kręcić w głowie. Wszystko traciło sens i logikę. Przerażenie chwytało ją za gardło i brzuch z ogromną siłą. Jak walczyć z takim imperium jak szpital? Jak można takim ludziom zaufać, że będą porządnie leczyć Babcię Różę. Że wróci do zdrowia. A może już ją zabili. Wróciło wspomnienie, kiedy Babcia groziła, że chcą ich pozabijać. Prosiła, żebym tu nie przychodziła, a mój upór spowodował, że z większą wściekłością dopytywałam o jej stan zdrowia. Nie mam już nikogo oprócz jej i mojego Pawła.

-Mam pewien plan. Pracujesz  w archiwum, tak?
-Tak, ale nie wrócę tam, zbyt mocno się boję. Powiem ordynatorowi, że się źle poczułem i pójdę do domu. Poczekam tylko na tego żula, żeby dowiedzieć się co tu się dzieje zwykle. Jak ty tego nie pociągniesz, ja się tym zajmę.



-Zrobimy to razem. A tego ordynatora lepiej mijaj z daleka.