Szpital - rozdział 6

MACIEJ

Pomyślał o tym, że trochę chłodno na tych korytarzach. Spacerował niekiedy przez dobre dziesięć minut, ale dziś poczuł chłód bardziej niż wcześniej. Pomyślał, że to wina alkoholu i tej dziwnej rozmowy. Poszedł zabrać się za pracę w archiwum. Siedząc na dole myślał o tym czy słowo spisane ma moc zatrzymywania czegoś więcej niż myśli. Przypomniał sobie legendę japońską w której zaklinano w słowie różne myśli, albo i osoby. Na myśl o tym, że spisane przypadki, które właśnie porządkował to zaklęte osoby przeszły mu ciarki przez plecy. Setki osób czekających na uwolnienie. Wyobrażał sobie jak z notatek wychodzi dym, który przenosi myśli osób, które często były na chwilę od śmierci. Po chwili wizualizowania sobie w głowie tego czarnego scenariusza poczuł, że musi wyjść na chwilę na zewnątrz. Kiedy wyszedł z pokoju na korytarz usłyszał dziwne dźwięki. Coś jakby zaskomlało. Przypominało mu to odgłos zranionego zwierzęcia. Stanął na środku korytarza i przyglądał się drzwiom windy przed sobą. Szeroki korytarz, przez który w jego mniemaniu wystarczyłby na minięcie się dwóch osobówek, zaczął się zwężać i rozszerzać. Tracił zmysły i zaczął przyśpieszać krok, żeby dostać się do windy. Chciał spojrzeć na zegarek, ale musiał go dziś zostawić w plecaku. Zawołał windę a ta chrupnęła i kaszlnęła ruszając się z poziomu 0, na ratunek Maciejowi. Chwiał się na nogach. Widział wszystko jak przez mgłę i zastanawiał się czy to co jawi się jego oczom teraz to tylko jego wyobraźnia czy coś tu się niedobrego wyprawia. Odwrócił się i zobaczył przez siwy dym jakąś postać. Ding-dong! Aż podskoczył na dźwięk windy powiadamiającej o tym, że już się zjawiła. Wchodził do niej tyłem przyglądając się wysokiej, szczupłej postaci. Kiedy drzwi zaczęły się zamykać usłyszał wyraźniej krzyk. Był to kobiecy krzyk rozpaczy. Zamarł w miejscu i niemal nie stracił przytomności. Winda ratująca go przed jakąś chorą sytuacją była jak arka w czasach potopu. Uszedł z życiem. Odetchnął, kiedy wyszedł na zewnątrz. Wewnętrzny dziedziniec przywrócił mu wiarę w swoje zmysły. Dostrzegał bardzo wyraźnie wszystkie lampy na drodze. Widział ślady wózka i jakichś ludzi. Śnieg prószył jakby ktoś rozerwał poduszkę nad szpitalem. Myślał nad tym co widział. Dym był prawdziwy, krzyk i postać też. Wszystko wydawałoby się prawdopodobne, gdyby nie informacja od Kopiczki, że nikt poza mną nie ma tam wstępu. Co tu się wyprawia- zastanawiał się przerażony na myśl, że musi tam jeszcze dziś spędzić wiele godzin. Jego uwagę przykuły ślady stóp które się urywały. Ktoś szedł przy lewej krawędzi, zatrzymał się i przeszedł trawnikiem. Ślady prowadziły w stronę jakiegoś parterowego budynku wyglądającego jak narzędziownia, albo pomieszczenie socjalne. Szedł za śladami, które znikały wraz z oświetleniem lamp przy chodniku. Kobieta, być może coś zgubiła-myślał. Szedł w ogromnych nerwach po tym co zastał dziś w archiwum, i po spotkaniu z ordynatorem. Może to tylko moja paranoja – uspokajał się. Świeże powietrze i padający drobno śnieg działały kojąco. Kiedy szedł dokładnie śladami dostrzegł, że kobieta siedzi pod drzewem. Wygląda jakby się przed kimś chowała.

-Zgubiła się pani? Nie ma pani gdzie mieszkać?-zapytał możliwie jak najmilszym, lecz zdecydowanym głosem.

W tym momencie Ania poczuła wiele różnych emocji. Przerażenie, zaskoczenie, i oburzenie na to, że w ciągu jednego wieczora ktoś nazwał ją bezdomną.




ANIA

Siedziałam w kącie pomiędzy dwoma drzewami za którymi stała wysoka siatka. Wiatru praktycznie nie było tylko padał drobny śnieżek. Przypomniał mi się obraz snajpera, który przysypywał się śniegiem, żeby nie można było go dostrzec. Przypatrywałam się jak dwie dziewczyny najpierw chwiejnym krokiem zachowywały się jakby z radia leciał naprawdę fantastyczny utwór muzyczny do tańczenia. Po kilku podrygach jakby oprzytomniały, że mają do wykonania poważną pracę. Przejechały wózkiem z workiem na środek sali, dzięki czemu miałam zapewniony doskonały widok. Kiedy otwierały worek zamkiem zaczęło mi walić serce jak młot. Naga, brzydka z każdej jednej strony, otyła kobieta. Obrzydzenie ustąpiło miejsce uldze, że to nie jest moja babcia. Ciekawość nie pozwoliła mi ruszyć z miejsca. W międzyczasie Paweł napisał mi sms’a, z zapytaniem o której wrócę i czy ma się martwić. Poprosiłam, żeby około dwudziestej drugiej podjechał pod szpital i czekał w samochodzie. Zapewniłam go też, żeby się nie martwił. Dziewczyny – obie blondynki jakby sklonowane – przystąpiły do przygotowań. Podjeżdżały wózkami z różnymi przyrządami, przyniosły przedłużacz i jakieś narzędzie do cięcia. Nie wiem jak to się nazywa, ale to takie kręcące się szybko kółko, które chyba służy do rozcinania żeber podczas sekcji. Po chwili kszątania się usiadły i wtedy zobaczyłam coś, co mnie przeraziło. Z taką samą swobodą jak wyjmowały różne rzeczy z szafek i szuflad, jedna z nich – chyba ta co uratowała mnie przed ordynatorem – wyjęła również butlę wina. Żeby tylko wyjęła. Wyciągnęła korek przygotowanym otwieraczem i pociągnęła solidny łyk z gwinta. Niezła zawodniczka.


W tym całym zaskoczeniu zaistniałą sytuacją nie dostrzegłam, że zbliżył się na odległość trzech kroków jakiś mężczyzna. Prawie pisnęłam z przerażenia, jednak po chwili się zorientowałam, że to ani nie policjant, ani pracownik szpitala. Tak mi się przynajmniej wydawało.

-Przepraszam bardzo, ale jestem … - ludzie, jak się nazywa ten dziennikarz, co ma specjalne przywileje, wszędzie wejdzie i na dodatek może ludzi nagrywać i ujawniać machloje. Szlag – jestem w pracy. Proszę mi nie przeszkadzać.
-Aaa już rozumiem – złapał się za głowę speszony i spuścił wzrok – jest pani dziennikarzem śledczym, zgadza się?
Uczony jakiś, czy co?
-Tak, zgadza się, a teraz niech mi pan da spokój, dobrze?-powiedziałam możliwie najostrzejszym tonem głosu. Najwidoczniej nie postarałam się zbyt mocno, bo zamiast uciekać w popłochu, albo chociaż się odwrócić i odejść, przykucnął i przypatrywał się sytuacji w prosektorium.
-One piją alkohol podczas pracy? Oburzające! – nie mogłam zgadnąć czy to była ironia, czy poważnie tak uważa – uważa pani, że w tym szpitalu dzieje się coś złego?
-Oj tak, jestem przekonana i muszę to udowodnić.
-A ma pani jakiś aparat, czy coś?
-Nie pana interes, panie…?
-Gdzie moje maniery – wyciągnął dłoń – Maciej.
-Anna – uścisnęłam dłoń.
-Długo tu siedzisz?
A od kiedy jesteśmy na ty, palancie?
-Już zdążyłam zmarznąć. Czuję, że zaraz przyjdzie mój dobry znajomy do tej sali i będziemy mieli niezłe show. Dziewczyny już wstawione.
-Co masz na myśli? Jakie show? Jak myślisz, co tu się u licha wyprawia?! – warknął zniecierpliwiony i zdenerwowany.
-A co, leczą tu kogoś z twoich bliskich? Skąd się tu wziąłeś?
-Pracuję w archiwum, znalazłem twoje ślady i postanowiłem sprawdzić co się stało, że ktoś zeskoczył ze ścieżki.
-Jeśli ty mnie znalazłeś, to przecież każdy będzie mógł mnie znaleźć.

Wtedy nagle ucichli. Zaczęła po ich lewej stronie pojawiać się jakaś postać. Olbrzym podnosił się i charczał. Z nerwów Ania chwyciła Maćka za rękę i patrzyła na nadchodzące niebezpieczeństwo. 

-GHRRAAAAAR! – wydarł się niski, charczący głos.

Ania pisnęła, a Maciek zastygnął w miejscu i tylko głośno przełknął ślinę. Postać zbliżała się chwiejnym krokiem coraz bliżej. Czas jakby się zatrzymał a dookoła nie było nikogo oprócz tej trójki. Ściśnięta koło siebie para i podchodzący olbrzymi mężczyzna.



Już po mnie – pomyślała Ania.