Miasto Marzeń-część 14

Robert podszedł do dziewczyny o rudych włosach i powiedział jej co o niej wie. Powiedział, że na hasło: wypijmy małe piwo przed dwunastą, jutro wyjdą porozmawiać. Ma się nie martwić o konsekwencje. Że to bardzo ważne i nie może odmówić. Coś jej podpowiadało, że powinna się dostosować niezależnie od tego kim jest osoba, która jej to rozkazuje. Posłusznie następnego dnia, na owo hasło ruszyła w krok za nim. Szli wprost do piaszczystego brzegu nad jeziorem Ukiel. Tam mieli wsiąść na łódź. 


Robert wiosłował bardzo intensywnie, aż znaleźli się na środku jeziora. Od kilku dni dostawa trucizny nie była rozsiewana po mieście, tak iż ludzie nie mieli czynnika, który by ich bardziej osłabiał niż same tabletki. W trakcie całego tego spaceru i odbijania od brzegu Robert bardzo przeżywał. Wszystko trwało jakby połowę swojego czasu. Rozglądał się dookoła i podziwiał piękno jeziora. Każdy brzeg niby podobny, ale różnił się od siebie małymi detalami. Będąc tu, dryfując na środku jeziora, przyglądając się zdruzgotanemu ciału Joli poczuł się słabszy. Jeszcze kilka dni temu była uosobieniem piękna, dziś dostrzega straszne konsekwencje trucizny, która wisiała nad miastem od zawsze. Porwał się na zadanie a kiedy już do niego przystępował przerastała go odpowiedzialność i czuł się przytłoczony. Całkiem słusznie Rob zaplanował dla Roberta tylko tą jedną osobę do ‘obudzenia’, gdyż sam dobrze pamięta budzenie swojej pierwszej śpioszki. Tak-budzenie odbywało się do tej pory zwykle przez budzenie osoby płci przeciwnej. Napięcie związane z atrakcyjnością 'nieznajomej' i zainteresowaniem przez drugą osobę pozwalały zbudować aurę zaufania i wstępnego zauroczenia.
-Jak się czujesz?-zapytał Robert, łapiąc Jolę za rękę.
-Dobrze-powiedziała drżącym głosem. Sama nie wiedziała dlaczego tak działa na nią ta sytuacja.
Dookoła wiał delikatny wiatr, który słabł z każdą minutą. Słabł, aż wszystko zatrzymało się jakby ktoś wcisnął pauzę. Dało się odczuć, że napięcie między nimi wzrasta, a Robert zaczyna panikować. Czas się wziąć w garść-mówi sobie Robert, po czym zaczyna tłumaczyć Joli o co w tym wszystkim chodzi. Jola najpierw jakby ze stoickim spokojem przetwarza w głowie to co słyszy. Po niedługiej analizie przyznaje, że to wszystko - trucie ludzi, to że jest w stanie ogłupienia, że powinna przestać brać tabletki te co ma w domu, a zacząć brać te co daje jej teraz Robert-może mieć sens.
-Dlaczego one wyglądają tak samo?
-Bo to ta sama firma je produkuje. My w Olsztynie to produkujemy, w Instytucie Zdrowia-w lecznicy.
-Dlaczego mam ci wierzyć?-zadaje pytanie oschle i bez przekonania. Jakby rozsądek nie mógł pobudzić mięśni twarzy i napiąć strun głosowych, żeby dało się odczytać jakieś głębsze emocje.
-Bo myślę, że czuję do ciebie coś wyjątkowego. Coś czego nie czułem do nikogo. Nawet do mojej żony.
-Ja nigdy nie czułam do męża tego co czuję do ciebie-przyznaje równie oschle. Robertowi zaczyna to przeszkadzać, ale próbuje się opanować. Łapie znowu ją za rękę i czuje jak ciarki przechodzą po całym ciele.
-Zabiorę cię stąd jutro. Musisz mi zaufać. Musisz też posłuchać mnie i zastosować do tego co tu przeczytasz-daje jej książkę do ręki. To ta sama książka, którą otrzymał bardzo niedawno temu.
-Dobrze. Ufam ci-drgnęły jej policzki jakby próbowała naśladować szczerzącego się w uśmiechu Roberta.
Robert czuje, że czas wracać, choć nie może się doczekać czasów, gdzie Jola będzie miała te same odczucia co on. Z perspektywy czasu czuł, że ta umiejętność odczuwania jakby rosła a to co odczuwał przez te kilka dni oszałamiała go i był tym bardzo podekscytowany.
Kiedy wracali Robert uświadomił sobie jakie wyzwanie go czeka i jak bardzo musi teraz poświęcić się sprawie. To co przygotował Rob jest wprost niesamowite. Ciekawe co z Błażejem. Nie chciałby, żeby spotkało Błażeja to samo co Barta, chwilę po tym jak miał z nim do czynienia.


Mam już wszystko ogarnięte. Stefan wszystkim się zajął jeśli chodzi o cały szereg obudzonych. Nie ma żadnych wiadomości od Mariny, więc na chwilę obecną uznaję ją za dezerterkę i zdrajczynię. Nie mogę ufać notatkom Barta jeśli chodzi o nią. Jednak co do wszystkiego innego zrobię jak kazał. Przygotowałem ładunki wybuchowe i związane z ucieczką rzeczy. Błażej podobno rozprawił się z Marxem, i jedyne co nam przeszkadza to ta jędza-Bożena. Miejmy nadzieję, że Robert nie straci hartu ducha i stanie na wysokości zadania. Będzie miał w dłoni losy wszystkich buntowników z Olsztyna. Jak uda się tutaj, lecimy od razu do Lizbony. Lenny podobno tak to rozegrał, że zaprowadza Olsztyniaków do Lizbony z pełną zgodą ONZ’tu. Wszystko na słowo honoru, i na telefon. To skończy się porażką.


Rozstanie z Jolą bolało jak nigdy wcześniej. Nie mówiła praktycznie nic. Tylko stała, siedziała, albo szła, i wyglądała tak rozkosznie. Upajałem się jej widokiem tak samo jak ciszą w lesie, jak widokiem zielonych pięknych drzew, tam za murem. Wyobrażałem sobie jak będzie wyglądała, jak wrócą jej rumieńce na twarzy, tak jak mi wróciły. Kiedy tak rozmyślałem o jej pięknych włosach, i tym, że jak mnie posłucha będziemy mogli się lepiej poznać i być może i ona mi wyzna miłość, dotarło do mnie, że zaraz mam do wykonania bardzo poważne zadanie. Właściwie w tej chwili szedłem do paszczy lwa, żeby spotkać się z Bożeną. Czułem się strasznie rozdygotany. Na pewno mi nie uwierzy, że chcę się do niej przyłączyć. Nie wiem czy nie wkopie mnie Marina, skoro jest po ich stronie. Idę coraz wolniej, im bliżej jestem Gmachu Ministerstwa, aż zatrzymuję się przed samym wejściem.


W ten pochmurny dzień nikt nie liczyłby na jakieś przejaśnienie, ale wtedy, kiedy tak stałem poczułem nagle ciepło na głowie. Podniosłem głowę i zobaczyłem jak wyrwa w chmurze świeci tylko na mnie. To było coś niezwykłego. Jakby coś chciało mi powiedzieć-odwagi, walcz. To chwila, żeby przywrócić ludziom normalny stan. Czy kłamię już wystarczająco dobrze?
-Witaj Robercie-przywitała mnie Bożena stojąc na schodach prowadzących do wejścia.Z drżącymi nogami ruszyłem w jej kierunku. Kiedy podszedłem bliżej, zbiegła ze schodów i rzuciła mi się na szyję. Czule najpierw mnie przytuliła, a po chwili poczułem jak wędruje rękoma po mojej pupie i pod pachami. Po chwili też obmacała moje nogi, po czym powiedziała do prawej klapki na swojej garsonce-jest czysty, wchodzimy-i uśmiechnęła się szerokim grymasem, tak, iż widać było prawie wszystkie z jej doskonałych zębów.

Nic nie mówiłem, tylko posłusznie szedłem koło niej, jakby mnie prowadziła na śmierć. Stukot jej obcasów i moje cichsze kroki wydawały się jedynymi dźwiękami teraz w tym budynku. Jakby nikt tu nigdy nie pracował. Szliśmy bardzo długim korytarzem, aż doszliśmy do schodów. Tam wspinaliśmy się na najwyższy poziom. Weszliśmy do gabinetu gdzie na ekranie telewizora widniało kilka obrazków z różnych miejsc, z różnymi ludźmi. Na pierwszym po lewej był spasły czarnoskóry łysy jegomość, a kolejny obrazek pokazywał grupkę zadbanych kobiet, które wpatrywały się w nas jak w obrazek, jakieś dzieło sztuki. Łącznie obrazków z różnymi ludźmi było pięć. Ludzi naliczyłem około dwudziestu.
-Powiesz nam teraz Robert, co zrobiłeś, i co planujesz zrobić, a wszyscy ci ludzie-wskazała na ekran telewizora-zdecydują jakiej śmierci dziś dostąpisz. Czy zasługujesz jedynie na strzał w tył głowy, czy raczej będziemy cię katować, abyś stał się wzorem dla pozostałych buntowników, że lepiej się nie wychylać.
Przełknąłem ślinę. No cóż, nie nacieszyłem się wolnym życiem za bardzo, ale i tak wolę przeżyć pięć minut świadomy rzeczywistości, niż przesypiać dalej swoje życie.