Miasto Marzeń-część 13


Kiedy znaleźliśmy się na parterze dziki zabrały mnie do pomieszczenia socjalnego, w którym można było zrobić sobie coś ciepłego do picia, albo odgrzać jakiś prowiant. W tym czasie zarówno Bożena jak i Marina wystrzeliły z windy prosto przez drzwi, którymi dosłownie chwilę temu wchodziliśmy. Po niedługiej chwili do pokoju weszła Bożena i powiedziała, że mam wsiąść do samochodu i wracać do domu. Tam mam czekać, aż ktoś mnie wezwie. Dalej sytuacja działa się jakby film oglądany od tyłu. Tam gdzie zielone drzewa pięły się pionowo wzwyż, tam im dalej w stronę miasta, tym bardziej karłowaciały, a dookoła pojawiała się coraz gęstsza mgła.

Kiedy wracaliśmy poczułem, że w okolicach mojej kieszeni w spodniach ktoś wędruje ręką. Kątem oka dostrzegłem, że Marina wrzuca mi tam zwitek papieru. Kiedy miałem wysiadać złapał mnie jeden dzik za gardło.

-Spróbuj tylko coś wywinąć kolego, a roztrzaskam cię jak sklejkę, zrozumiano?-prychnął odorem prosto w twarz i po kilku sekundach puścił.

Kaszel ustąpił jak położyłem się na klatce schodowej mojego mieszkania. Po dłuższej chwili zebrałem się i postanowiłem zmienić miejsce odpoczynku, na własne łóżko. Kiedy wszedłem myślałem, że umrę na dobre. Zza drzwi wyskoczył Rob i tak samo jak największy z dzików w limuzynie złapał mnie za szyję, lecz po połowie sekundy zaskoczony zwolnił uścisk. Zanim opanowałem atak kaszlu, i cokolwiek mogłem powiedzieć serdecznie mnie przytulił i powiedział:

-Tak się cieszę, że nic ci nie jest-odetchnął jakby wstrzymywał oddech przez czas jak się nie widzieliśmy. Dał mi szklankę z wodą i usiedliśmy w kuchni.

-Już wysprzątałem twoją kuchnię ze wszystkich możliwych podsłuchów. Możemy w końcu pogadać. Za dwa dni szykujemy największą ewakuację jaką znał Olsztyn. A jutro, będzie największa akcja wybudzania uśpionych Bracie. Zrobimy coś wielkiego. A to jest ukłon do Ciebie za to co do tej pory zrobiłeś i co jeszcze zrobisz-i podał mi szarą teczkę.

Zajrzałem do środka i zobaczyłem wszystkie dane rudowłosej piękności z biblioteki. Poczułem jak zaciska mi się znowu gardło i brzuch. Zakręciło mi się chwilę w głowie i pomyślałem, że to mnie przerasta.

-Co ja takiego zrobiłem? Przecież jestem targany na razie wydarzeniami, które dzieją się zupełnie bez mojego udziału.

-Nazwij to jak chcesz Robercie, ale odkąd obudziliśmy ciebie-zaśmiał się i wykrzyknął-tak, właśnie ciebie! Jak dostałeś książkę i wprowadziłeś w czyn to co przeczytałeś zaczęły się dookoła rewolucje. Jeszcze nikt z obudzonych nie pobudzał innych z taką skutecznością i w takim tempie. Już teraz mamy 600 osób, które będzie trzeba ewakuować w ciągu najbliższych dni. Nie liczę nas, którzy już mają świadomość, i wiedzą co zrobimy jutro. Wydaliśmy wszystkie oszczędności na to, żeby nie działały jutro żadne rejestratory video i audio w mieście. Od jutra zacznie się jatka-kiedy pokazał ręką jak przecina powietrze stracił równowagę i przewrócił się z krzesła. Leżał i zaczął się śmiać-wybacz Robercie, ale już jestem tak zmęczony, że nie dam rady już dłużej z Tobą rozmawiać. Musimy jeszcze zaplanować jak rozwalić bramy i jak zdobyć kasę od Twojej żony.

-Jakie bramy?

-No z tego co mi wiadomo, że są budki, w których są strażnicy i trzeba im dać kasę…

-Nie!-przerwałem mu-nie ma żadnych bram! Jest wyrwa w murze! Tak naprawdę jakbyśmy przeszli tam nocą, nikt by się nie zorientował. Po prawej i lewej stronie od budki jest po 200 metrów jeszcze do muru. Byłem tam przed chwilą.

-Hmm, no to zostaje tylko kasa od twojej żony. Walizkę wiesz gdzie trzyma, tak?-zapytał ostrzejszym tonem.

-Tak.

-No to bracie-powiedział cicho, powoli wstał i złapał mnie za barki-sidła tego obrzydliwego systemu możemy razem pokonać-dopiero jak się zbliżył zobaczyłem, że łzy cieknął mu po policzkach-to na co pracował Bart, i wszyscy inni, którzy zginęli, będziemy mogli odwrócić już za dwa dni. Wszyscy są zmobilizowani. Każdy wie co robić. I każdy odda życie za tą sprawę.

Myślałem, że Rob odchodzi do łazienki, albo po coś do pokoju, ale po prostu opuścił mieszkanie. Zostawił mnie i zniknął. Postanowiłem dobrze zapoznać się z dokumentami rudowłosej Joli i zastanowić się jak ją obudzić. Ah, jeszcze ta karteczka od Mariny!


Czytałem dokumenty od jakichś czterdziestu minut. Wciąż nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Dwójka rebeliantów, w tym również Robert Werbowy, zmobilizowali 120 osób jednego dnia, aby opuścić Miasto Marzeń. W dniu, kiedy na całym świecie stłamszono każdy zalążek buntu akurat w mojej ojczystej Polsce znalazł się taki Robert, który wywrócił wszystko do góry kołami. 

Oczywiście wszędzie plan będzie wdrażany zgodnie z zarządzeniem. Tylko co ja mam powiedzieć na plamę jaką dała Bożena? Że dopuściła aby jej mąż zrobił to co zrobił, i zniknął z dwoma setkami innymi ludźmi? Z raportu wynika, że był ktoś trzeci. Podobno Marksa znaleziono jak leżał pod swoim domem. Zleciał sam, czy ktoś mu pomógł to już mi jest obojętne, ale co jeśli dostępy do wszystkich budynków rządu w Olsztynie buntownicy dostali właśnie od niego? Tak właśnie kończy król-raz na szczycie świata, raz w pod olsztyńskim lesie, roztrzaskany od upadku z 200 metrów.

Luigi, tak właśnie nazwany był Stefan, który kończył czytać sprawozdanie z totalnej wpadki ONZ’tu od kilkunastu lat. Nigdzie na świecie nie znalazł się nikt, kto zagroziłby tej bezwzględnej organizacji w dotarciu do własnych celów. Błażej popełnił błąd, że zaufał Lenny’emu. Nie wiedział, że współpracuje z partią od kilku lat, i zamiast wywieźć obudzonych nowych braci na wschód, gdzie leżała wioska Błażeja, poleciał airbusem do Lizbony, gdzie była najmniejsza placówka Miasta Marzeń. Tam mieszanka trucizn HP zadziałała najostrzej i zamiast ograniczyć żywotność ludzi, najzwyczajniej wszystkich pozabijała. Dopiero po jakimś czasie ustalono, że w gorącej Lizbonie mieszanka związuje we krwi znacznie szybciej zabijając nawet najsilniejszą jednostkę w pół roku.

Wtem do restauracji w której trwało posiedzenie rady ministrów wtargnął zarośnięty jegomość, wraz z towarzyszem. Zawył silny alarm, który zaraz ucichł. Rozwalone na strzępy drzwi ślamazarnie przewracały się i jęczały jeszcze przez minutę.

-No, no-zakrzyczał zarośnięty wojak z nożem w ręku-ale się nasz pan premier urządził, co? Jak myślisz, Robert, co z nim zrobimy?

-Hmm, co prawda pokazywałeś mi jak oprawiać jelenie- przechodził powoli tupiąc głośno ciężkim obuwiem, dzwoniąc łańcuchami wiszącymi na pasku-pokazywałeś jak obrobić królika. No przede wszystkim to trzeba powiesić ofiarę za nogę i głową do dołu, czyż nie tak mnie uczyłeś, Błażej?

-No to bierz Stefana za nogę!

Rozległ się głośny rechot Błażeja, i ciężki oddech do tej pory spokojnego Stefana.