Miasto Marzeń-część 12

Jechaliśmy w limuzynie tak długiej, że spokojnie zmieściliśmy się wszyscy. Marina, ja i Błażej, a z nami jeszcze trzech dzików. Kiedy jechaliśmy miałem wrażenie, że widzę Roba, który zdyszany opierał się o kolano, jakby przebiegł tysiące metrów przez ostatnie godziny. Obok niego stał grubszy pan i z niedowierzaniem patrzył na kartkę, zapewne zszokowany jakąś informacją. Potem bardzo długo jechaliśmy w stronę słońca. Mieliśmy je na wprost siebie. Błażej wyglądał na opanowanego. Marina stukała w telefon bardzo nerwowo. Jeden dzik jakby przysypiał a drugi drapał się po brodzie i kombinował coś w głowie. Być może zastanawiał się razem ze mną gdzie nas wiozą. W pewnym momencie podjechaliśmy pod mur, który otaczał miasto z każdej strony. Myślałem, że nie było w planie żadnego punktu, w którym mielibyśmy tak łatwo się przedostać. Jednak jadąc ciągle w stronę słońca szeroką pustą ulicą, dojechaliśmy do wyrwy w murze. Ciężko to było nazwać bramą, bo po prawej i lewej stronie mur kończył się strzępami jakie zostają po jakimś potężnym wybuchu. Rozerwany ze swojej całości jak rozdarta szara kartka papieru. Na środku przy drodze stała budka z której wyskoczył policjant z jedną bosą nogą i przekrzywioną czapką. Zatrzymaliśmy się koło budki. Wysiedliśmy wszyscy i czekaliśmy aż procedury zostaną wykonane. Intuicyjnie poddałem się weryfikacji co ze sobą wynoszę opuszczając rejon miasta, oraz czy pasuję do informacji jakie miał na karteluszce w kolorze żółtym. Przez ten krótki czas przyglądałem się drzewu, które jakby walczyło o przetrwanie. Z szarych pni wynurzały się zielone malutkie listki, jednak dookoła pokryte było szarym dymem jak wszystko dookoła, jak również srebrnymi płatkami, jakby chorowało na łuszczycę.




Kiedy wsiedliśmy w takiej samej kolejności zamyślony o tym czy drzewka i rośliny też cierpią napotkałem wzrok Błażeja. Jakby czytając mi w myślach leciutko się uśmiechnął i wzrokiem odpowiedział: „Nic się nie bój, wszystko mam pod kontrolą”, i mrugnął okiem na znak zaufania i przyjaźni. Przejeżdżaliśmy teraz przez aleję wypełnioną po prawej i lewej stronie szarymi drzewami. Każde z nich jakby lepiej sobie radziło z walką o przetrwanie, bo im dalej jechaliśmy od Olsztyna, tym dostojniej wyglądały, wyprostowane, i coraz bardziej zazielone. A kiedy już każde jedno drzewo wypełnione było bujnym zielonym krzakiem na jego górnej warstwie ujrzałem bardzo wysoki budynek. Wyglądał bardzo innowacyjnie, takiego budynku nie ma nawet niedawno wybudowanym kompleksie biurowym policji w Olsztynie. Wysoki słup, który widniał na horyzoncie wcale nie pasował do zielonych połaci konarów drzew.

W jednej chwili Marina nerwowo rzuciła telefonem przed siebie i rozpłakała się z rzewnym szlochem. Dziki udały, że nic to ich nie obchodzi, i nerwowo rozglądali się wszędzie indziej niż na Marinę i leżące urządzenie. Telefon upadł tuż przed moimi nogami i przeczytałem wiadomość, która widniała wyraźnie na środku ekranu:

„Przepraszam, nic nie mogę poradzić na to co się wydarzy. Wybacz mi.”

Podjeżdżaliśmy pod budynek coraz bliżej i dopiero sobie zdawałem sprawę z tego jak ogromny on jest. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Wydawało się jakby miał ze 150 pięter. Kiedy wysiedliśmy czekała już na nas Bożena. Nerwowo stukała palcami o udo i miała rozpaloną do czerwoności twarz. Atmosfera była napięta. Wszyscy wyszliśmy z samochodu i podeszliśmy pod ogromne wrota prowadzące do lobby tego gmachu. Na środku schodów stała jak posąg moja żona. Tylko palce wędrowały po udzie, wystukując nerwową melodię. Cisza panująca dookoła i przejrzyste powietrze napełniły mnie pozytywnymi odczuciami. Nic nie może złego się stać w taki piękny dzień, pomyślałem.
Nagle Bożena wystrzeliła zamaszystym krokiem w naszą stronę, a po chwili celowo sunęła w stronę Mariny. Kiedy już zbliżyła się wyprowadziła potężny cios z zaciśniętej pięści prosto w policzek. Zarówno Bożena jak i Marina padły na podłogę obok siebie, ale Bożena nie poprzestała na tym.
-Czemuś go przyprowadziła?!-krzyczała na nią i szarpała za ramiona klęcząc nad krwawiącą z nosa Mariną. Po chwili się opanowała i wstała-zostań tu na dole. Ja to wszystko załatwię. Ty już więcej nie zepsujesz, bo więcej nie będziesz brała w niczym udziału.
Poprawiła czarną spódnicę, i elegancką bladoróżową koszulę, i ruszyła w stronę wejścia do budynku. Grzecznie wszyscy w rządku przeszliśmy przez olbrzymie szklane drzwi do lobby. Wszystko wyglądało jakby z przyszłości, wizjonerskie meble, sufit, lampy jak z jakiegoś snu. Szliśmy na środek lobby do przeźroczystej windy, która chyba jako jedyna oddzielała poziomy od siebie. Jak spojrzałem w górę zaczęło mi się kręcić w głowie. Szklane podłogi na każdym piętrze robiły wrażenie. Mieniło się od pokoi, wszystkie oddzielone przeźroczystym tworzywem. Gdzieniegdzie widać było jakieś regularne kształty mebli w kolorach srebrnym, żółtym i brązowym. Układało się to wszystko w przesuwającą się mozaikę, od której mdliło jak diabli. Jeszcze gorzej było w windzie, która ruszyła najpierw bardzo wolno, ale potem na piętrach od 15 do 140 pędziło w zawrotnym tempie. Każdy z nas, nawet najgorszy z tych trzech dzików, zastanawiał się czy przypadkiem nie wyda się zaraz co ostatnio jedliśmy. Jakimś cudem ostatnie 15 pięter przelecieliśmy już wolno, ale chyba zrobiono to specjalnie, aby można było podziwiać piętra z wymyślnymi projektami. Myślę, że to kiedyś była jedna ze stacji badawczych, która planowała kolonizację Księżyca. A kiedy już wjechaliśmy na ostatnie piętro zastaliśmy ogromny bałagan. Porozwalane stoły i krzesła. Tu ktoś leżał twarzą do ziemi, tam ktoś leżał na biurku brzuchem do góry. Wychodzenie z windy wprowadziło mnie jeszcze bardziej w stan przerażenia i wiedziałem, że nawet ładna pogoda na zewnątrz tu nie ma siły przebicia.
Podchodziliśmy do człowieka, który wyglądał, jakby się nas spodziewał. Siedział na tle palącego słońca za oknem, za drewnianym biurkiem koloru czarnego. Trzymał pustą butelkę w dłoni ostentacyjnie spoglądając na pełną stojącą przed nim na biurku. Kiedy zapukaliśmy przez szybkę, gestem zaprosił nas do środka. Bożena podeszła do niego i szepnęła mu coś do ucha. Potem on oddał jej butelkę, poprawił krawat na szyi, i rozejrzał się po sali w której panował totalny chaos.
-No cóż, przepraszam szanownych gości, że się nie przygotowałem. Ale mieliśmy wczoraj posiedzenie rady nadzorczej, w której miał być wybrany na urząd nowy minister nadzoru projektów, i tak o to macie do czynienia ze mną. Grał ktoś z was kiedyś w pokera?
-Skończ te bzdury Marx, możesz przejść do rzeczy i powiesz po co nas tu wezwałeś? Została mi obiecana kawa, porozmawiamy jak ludzie, przy Daniels’ie i w cztery oczy, czy będziesz dalej szopkę odstawiał-na ostatnie słowa Bożena zareagowała zaciśniętą pięścią i wrogim spojrzeniem na Błażeja
-Ile już masz lat Błażej, co?  Trzydzieści pięć? Czterdzieści? Ile lat minęło jak się nie widzieliśmy?
-Minęło 28 lat przyjacielu. Od tamtej pory zmieniło się sporo, ty w końcu normalnie mówisz po polsku, a ja dojrzałem do tego, żeby raz na zawsze skończyć z takimi jak ty-i wskazał na niego wymownie palcem.
Na to Pan Prezes parsknął donośnym śmiechem. Było coś przerażającego w tym jego rechotaniu. Nikomu innemu nie chciało się nawet uśmiechnąć.
-Dalej grasz ‘Bohatera ostatniej akcji’, co? A pamiętasz jak chciałeś mnie zabić ostatnim razem? Tak jak wtedy postawiłem cię w sytuacji z której nie wyjdziesz zwycięsko, to teraz nie mam zamiaru dać ci wygrać. Rundka w pokera, obalimy jeszcze tą ostatnią flaszkę whisky i zobaczymy jak to się skończy. Wiedz, że mam 4 asy w rękawie, mam na myśli oczywiście symbolikę…
-Dobra, panienko-pstryknął na Bożenę-przynieś no jakąś nie mocno brudną szklaneczkę, co? Byłabyś taka łaskawa?
Wszyscy byli w szoku. Co z nami? Co z Bożeną? Ona stała w bezruchu aż Pan Prezes nie kiwnął do niej palcem. Podeszła i wysłuchała tego co miał do powiedzenia. Przez ten czas na twarzy malowało się zażenowanie, szok, trwoga i wstyd. Kiedy wyprostowała się zawołała dzików i mnie i wyprowadziła z powrotem do windy. Stamtąd widziałem, jak Błażej przystawia sobie krzesełko, żeby rozegrać z prezesem partię pokera. Zjeżdżałem w dół i wydawało mi się, że już dla mnie nie ma żadnej nadziei.