Miasto Marzeń-część 11



Zbliżające kroki były coraz głośniejsze. Dało się rozpoznać odgłos ciężkich buciorów, i dwa rytmiczne dźwięki obcasów ze szpilek. Spojrzałem na Błażeja, który wyglądał jakby doprawdy się znał na obsłudze pistoletu i noża.Trzymał je pewnie, aż do chwili kiedy usłyszeliśmy ten znajomy mi kobiecy głos:

-Wiem, że tam jesteście, ale radzę odłożyć broń bo podzielicie mój los jak coś mi się stanie. Błażej, dawnośmy się nie widzieli, co?-Marina wchodziła do środka, pewna, że nic jej nie grozi z naszej strony. Błażej zjawiskowo puścił nóż, żeby wpadł idealnie do pokrowca zawieszonego na udzie. Pistolet też złożył w pokrowcu na plecach.
-No no, Marina, znowu się widzimy. Może jakaś kawka, co? Dawno nie piłem nic oprócz wody, sama rozumiesz…-uśmiechnął się do niej szarmancko.
-Widzę, że pomimo samotnego życia nie przestałeś grać agenta 007 i działasz tak samo na kobiety jak wtedy kiedy byłeś młody. Napijemy się kawy jeszcze dziś, z Panem Prezesem M.
-No to skujta mnie!-mrugnął do mnie okiem i rozłożył do przodu ręce.

I zaczęli nas skuwać ludzie, którzy za Mariną wparowali z impetem jak stado dzików na jedno jej kiwnięcie palcem. Oni naprawdę wyglądali jak dziki, krzywe zęby i ten charakterystyczny zarost.

Coś mi zaczęło świtać w głowie. Skoro Marina ma nas skierować do jakiegoś „Pana Prezesa M.” to musi działać w porozumieniu z rządem, i miastem. A co jeśli to był plan mojej żony, i przekonała Marinę do kolaboracji, zdradzając tym samym wszystkich, którzy się wybudzili? Mam kłopoty. Kiedy to sobie uświadomiłem, zgiąłem się w pół, padłem na kolana i zacząłem mimowolnie wymiotować. W pierwszej chwili jeden z tych dzików chyba sądził, że próbuję uciec, ale kiedy zobaczył co robię, zdjął mnie z celownika. Po chwili, wyszliśmy na zewnątrz i zobaczyłem świat. To co widziałem, było jak koszmar. Jakby coś się w nim strasznego wydarzyło przez czas jak spałem. Wszyscy przechodnie słaniali się ledwo na nogach, nie zwracając na nic uwagę mijali siebie chodząc w zgarbionych pozach. Jakby jakiś ciężar na karku był dla nich nie do udźwignięcia. Nogi ich były dziwnie rozkraczone. Dookoła wisiała gęsta mgła zza której ledwo widać było słońce. Przypomniałem sobie, że niedawno zachwycałem się taką pogodą, teraz dostrzegłem, że wszyscy mieszkańcy wdychają szare wiszące nad całym miastem chmury trującego dymu. Choć to teraz bez znaczenia, czułem się dziwnie, że brałem udział w zatruwaniu ludzi. Czy każdy może zostać wybudzony? Gdzie nas zabierają? Czy Rob nas znajdzie i wyratuje?



Robert leżał nieprzytomny, ale oddychał. Hangar nadal był opustoszały i nie było nikogo więcej, oprócz trójki Rob, Robert, Marina. W głowie Roba rodziły się pytania i szukał możliwości, żeby samemu nie podzielić losu Roberta. Nagle dotarło do niego, że Bart się sromotnie pomylił. Marina wyglądała na szczerze wystraszoną. Postanowił to wykorzystać, żeby ją przycisnąć i wydusić co takiego ukrywa przed wszystkimi. Szybko obliczył, że w powietrzu jest wystarczająca dawka, żeby się mocno potruli. Mimo wszystko Robert nie powinien od tego umrzeć. Tylko będzie wracał do zdrowia przez kilka dni, może tygodni, pomyślał Rob. 
 
-Co robić!? Rob, do cholery!-wykrzyknęła zrozpaczona Marina.

Jakby wyrwany z chwilowej drzemki, nagle oprzytomniał . Pobiegł do najbliższej skrzynki, która akurat nie była pokryta kurzem. Znalazł tam szczelnie opakowaną trutkę z czerwonymi znakami, w workach po około 10 kilogramów, oraz zestaw maseczek nakładanych na całą twarz. Uniwersalny system dostosowywał kształt twarzy i delikatnie przyczepiał się do twarzy bardzo szczelnie. Najpierw nałożył sobie i czekał, aż się przyssie na dobre. Ograniczona widoczność w masce podrzuciła mu myśl co teraz zrobić. 

Rzucił maskę Marinie i czekał aż zacznie ją nakładać. Kiedy już przyłożyła maskę do twarzy ruszył w jej stronę i ją powalił. W locie maska dopasowała się do twarzy, jednak była w takim szoku, że nie wiedziała co się z nią dzieje, czy może ma odlot od trucizny, czy jakie licho ją przewaliło. Kiedy przydzwoniła głową w betonową podłogę-straciła przytomność. Rob dumny z siebie zaciągnął najpierw ciało Mariny do pokoju socjalnego zagrodzonego szczelnymi drzwiami od hangaru, i tam związał jej nogi i ręce opaskami zaciskowym. Potem wziął Roberta i zaciągnął do tego samego pomieszczenia. Tam opatrzył ranę na jego głowie, zaparzył sobie kawę i czekał aż obudzi się Marina. Raz jeszcze zajrzał do notesu Barta. Upewnił się w przekonaniu, że Bart został przekabacony gładkimi słowami. Jedyna nadzieja zostaje w Błażeju, o którym prawie nic nie wie i Robercie, który może tu faktycznie zrobić dobrą robotę. 

Nagle usłyszał jak zadzwoniło coś w telefonie Mariny. Wyjął go z jej kieszeni i przeczytał wiadomość od Bożeny:

„Czy już przekonałaś Roba i Roberta do udziału w akcji? Czy możemy uznać, że ostatnie komplikacje nie miały miejsca i jutro na spotkaniu buntowników zginął wszyscy? Mam czas do jutra, żeby przedstawić sprawę swojemu zwierzchnikowi. Czemu nie odbierasz telefonów?”

I teraz wiedział już wszystko. Bożena i Marina nie tylko są w zmowie, a mają konkretny plan, aby wszystkich buntowników pozabijać. Czas podjąć ostateczne działania. Bart zawsze wspominał, żeby przypuścić ostatnią falę wybudzeń, dać każdemu kasę i wynieść się z tego miasta. Inaczej zawsze będzie kończyło się tylko staraniami-pomyślał Rob. Wpadła druga wiadomość:

„Do hangaru zmierza oddział moich żołnierzy, jesteś skończona jeśli mnie zdradziłaś.”

W ciągu kilku chwil postanowił, że zostawi Roberta i Marinę tak jak byli, i ucieknie nim będzie za późno. Użył wyjścia ewakuacyjnego z hangaru, a potem ściekami wydostał się z całego kompleksu badawczego. Plan był prosty, wszystkim kazać zastosować się do jego poleceń. Miał spotkać się z grupowymi, którzy przychodzili na zebrania. Było ich teraz trzydziestu dwóch. Mieszkają i pracują w różnych miejscach, postanowił więc napisać kartkę, żeby wyrobił się do jutra. Nigdy więcej zebrań. Powinien się wyrobić, żeby uratować swoich, i wybudzić jeszcze trochę ludzi. Tylko czy mi uwierzą-zastanawiał się Rob.