Miasto Marzeń-część 9



Czołgam się na piasku i słyszę okrutne krzyki i wybuchy bomb. Dookoła słyszę jak świszczą kule a mnie uwiera ciężki kombinezon w który jestem ubrany, do którego poprzylepiane są granaty, noże w pokrowcach, batony energetyczne i podręczne przybory z apteczki. Każdy ruch to rozrywający mięśnie wysiłek, oraz ból od ukłuć tym wszystkim. Dodatkowo unoszący się pył staje w suchym gardle, i widać na odległość kilku kroków. Czołgam się i wyobrażam sobie jakby to było piekło, którym straszono dawno temu ludzi.Wmawiano każdemu, że po śmierci za złe uczynki trzeba przez wieczność znosić takie cierpienia. Ale oprócz przypominających wieczne męki miejsca najbardziej kojarzy mi się to miejsce z zapomnianą przez ludzi wojną.



Podobno odkąd ONZ ogłosiło powszechny pokój, nigdzie już nie toczą się żadne takie działania. Pamiętam ten obraz z dzieciństwa, kiedy rodzice pokazywali mi na jakimś rzutniku „jak to było kiedyś”, ale teraz jakby to była moja walka. Przemierzam kolejne metry piasku w ogromnym bólu. Aż dostrzegam czyjegoś buta. Wyraźnie przyśpieszyłem i doczołgałem się do tego co zobaczyłem. To mój ojciec, leżał na małej kopce piasku i czekał na mnie z wyciągniętą, otwartą dłonią. Wyksztusił resztkami sił: „Znajdź tajemnicę” i skonał. Zapewne zginął od obrażeń, których nie miałem czasu wyliczać, ale były ogromne. Kiedy przytuliłem twarz do poharatanej piersi ojca poczułem, jakbym poleciał na główkę w przepaść. Leciałem aż spadłem do piwnicy na coś miękkiego. Jakbym wpadł w tysiące poduszek i kołder z miękkiego puchu. Okazało się, że jest to łóżko. Na jego brzegu siedziała ruda dziewczyna z biblioteki. Od razu zerwałem się z pozycji leżącej i zapytałem czy może mi pomóc. „Musisz iść za mną, a wszystko ci wyjaśnię. Tylko nie próbuj zostawać tu na zawsze” powiedziała i rozpuściła się w powietrzu jak widmo 3D po wyłączeniu reflektorów. Łóżko totalnie nie pasowało do otoczenia. Brudna piwnica z wąskimi korytarzami z jednym ogromnym łożem małżeńskim na 4m szerokości i około 6m szerokości z białym prześcieradłem, o aksamitnej miękkości. Wstałem już ubrany w białą koszulkę i niebieskie jeansy. Podszedłem do ściany na której wisiała jasnobrązowa tablica z przyczepioną mapą miasta. Znałem każdą uliczkę i każdy zakamarek tego miasta, które rozciągało się od murów przy nieczynnym Dworcu Głównym aż do ulicy Warszawskiej. Na środku mapy zaznaczony był budynek czerwonym iksem. Pod tablicą leżała na podłodze książka, którą otrzymałem w pracy. Żółta książka z miękką okładką leżała a na nią padało światło. Wziąłem do ręki i otworzyłem na pierwszej stronie, gdzie wcześniej znajdował się liścik z instrukcjami jak wyjść ze stanu uśpienia. Teraz moim oczom ukazał się tytuł: „Miłość wolnością ludzkości”. Pod spodem podpisano: „B.”. Już miałem przewracać kartkę i zaczynać czytać, ale coś dziwnego zaczęło dziać się z podłogą i po chwili już leciałem. Spadałem w ciemność a jakby nade mną machała mi zgrabną dłonią Ognistowłosa.



Obudziłem się w lecznicy trzymając w ręku żółtą książkę z miękką okładką. I wtedy przyszedł w odwiedziny jakiś mężczyzna. Wyglądał na gościa po pięćdziesiątce, ale w tak dobrej formie, że gdyby nie siwe włosy i bruzdy na twarzy, dałbym mu czterdziechę. Wpadł jakby uciekał przed czymś strasznym, i od razu podszedł do łóżka. Kiedy tylko odzyskał spokojny oddech powiedział:
-Zbieraj się przyjacielu-niski ale sympatycznym ton głosu sprawiał wrażenie znajomego.
-Jak to? Kim jesteś?-zapytałem zmartwiony.
-Ja napisałem tę książkę i wymyśliłem całą instrukcję jak nas stąd wypuścić. Stąd, mam na myśli z naszego kochanego Olsztyna. Bez ciebie zginiemy wszyscy. Drugiej porażki nikt już nie przeżyje-w czasie jak mówił nerwowo się rozglądał i podrzucał mi z szafki ciuchy do ubrania. Grzecznie ubierałem wszystko co podawał-jak się czujesz?
-Doskonale, tylko jakbym dostał czymś ciężkim w głowę-złapałem się za głowę i poczułem gruby opatrunek-wiesz co mi się stało?
-Tak, wszystko ci wytłumaczę, ale nie teraz. Musimy się zbierać, bo chcą cię przerobić na salami Robert. Zaufasz mi?
-Powiedz tylko jak się nazywasz i czy poznałeś Roba.
-Rob to mój syn, a nazywam się Błażej-uśmiechnął się do mnie z łagodnością i spokojem tak, jakbym był ładnym widokiem z okna.
-W takim razie idziemy!-złapałem go za rękę tak jak ją do mnie wyciągnął a jemu poleciała łezka w prawym oku.