Miasto Marzeń-część 8

Pomyślałem za co się teraz zabrać. Szybko doszedłem do wniosku, że muszę iść do pracy i czymś się zająć. Coś co poprawiłoby mój stan, bo ten obecny mi nie odpowiada i jest mi z tym źle. To co wiem, to jaką zacząłem odgrywać rolę, to, że moja żona zna o mnie prawdę, to że tyle się dzieje. Chcę z tym wszystkim skończyć. Tylko jak? Postanowiłem pójść do pracy, skoro podrzucili mi tam książkę, to zapewne znajdą mnie ludzie od Roba. Pomyślałem, że totalnie nie pasuję do tej roli, że to bez sensu, i że osobą, która najlepiej się nada do podpisania takiej ugody będzie prawa ręka Bartka-Rob.
-On nie może się tego podjąć!-krzyczał Rob w piwnicy na spotkaniu głównych dowódców buntowników-To nie możliwe, żeby Bart jakiego znałem przyjął taką szaloną taktykę! To-objął gestem wszystkich dookoła-na co tak długo pracowaliśmy legnie w gruzach z tych powodów o których przed chwilą mówiłem. Dzięki za uwagę-zszedł z robiących za podium palet i oczekiwał zrozumienia w oczach słuchaczy.
Marina weszła na jego miejsce. Rob zmęczony przemówieniem w które włożył całe swoje serce, rozbity utratą przyjaciela i jeszcze bardziej skonfundowany z powodu tego co przeczytał w notesie Barta-wyglądał na frustrata. Zmęczona mina, rozczochrane włosy, ton głosu drżący i piskliwy, i chaotyczny dobór słów wcale nie zadziałały na plus. W przemówieniu nie mógł powoływać się na to co miał również w tej chwili ze sobą, bo w jego oczach było to nie do pomyślenia, żeby wysyłać świeżego rekruta, który jeszcze nie przeszedł szkolenia na samobójczą misję, która jednocześnie jest ślepym strzałem i ostatnią deską ratunku wszystkich buntowników i wolności w Olsztynie. Na swoich barkach trzymał nie tylko tą część Olsztynian, którzy byli wybudzeni, a również przyszłość innych miast.
-Drodzy, apeluję o rozwagę i spokój-rozpoczęła delikatnie Marina. Na jej hasło zapanowała totalna cisza-Wszyscy wiemy, że rozchwiane emocje nie będą dobrymi doradcami podczas tego zebrania. Jednak dziękuję Robertowi, że zechciał przedstawić swój pogląd w tej sprawie. Rob, zwracam się do ciebie osobiście-wszyscy jakby się od niego odsunęli.
W piwnicy przerobionej na pustą halę, w której od lat odbywają się tego typu zebrania dziś zebrało się najwięcej osób. W ostatnim czasie ilość wybudzonych zwiększyła się o 25%. Hala służyła obu szczepom, a za wejście trzeba było dostarczyć policjantowi 1000 złotych. Wyjaśniał to tak: Tysiak od każdego łebka, a ja mam gębę na kłódkę. Jakby kiedyś sen się skończył przez takich jak wy, to chociaż będę miał od groma pieniędzy.” Tylko, że on nie powiedział od groma. Powiedział gorzej. I ta rekordowa liczba ludzi patrzyła tylko na Roba. Na tym spotkaniu brakowało najnowszego Roberta, a oficjalny zwrot miał podburzyć jego autorytet. To tak jak mama nie zwraca się do Adasia jak zawsze w zdrobnieniu, kiedy go słownie karci.
-Robercie-powtórzyła dla wzmocnienia wyrazu-musisz odłożyć emocje na bok. Przejdziemy teraz do głosowania, kto jest za tym, żeby Robert Werbowy, mąż Bożeny Werbowej reprezentował nas w rządzie i doprowadził z czasem do jego upadku?
Wszyscy jak jeden mąż podnieśli rękę do góry w uniesieniu emocji, jakie wywołała celowo Marina. Świadomy przegranej w tej debacie spuścił głowę, odwrócił się na pięcie i chciał już przepychać się do wyjścia.
-Dziękuję wam wszystkim za zaufanie! Zebranie dobiegło końca, o szczegółach jakie ustaliliśmy porozmawiamy jutro z Robertem, przeszkolimy go i na pewno nam się uda!-kiedy to krzyknęła wszyscy zaczęli bić brawa i gwizdać. Rob przepychając się obok najróżniejszych ludzi, nawet tych bardzo bliskich myślał jak odłożyć emocje, skoro wszystko co nas definiuje jest na nich oparte? Podejście Mariny jest bliskie temu, co myśli władza w Olsztynie i całym ONZ’cie. I wtedy, kiedy już był w połowie drogi do wyjścia usłyszał.
-Wszyscy są proszeni o natychmiastowe opuszczenie budynku zgodnie z regulaminem. Robert, mogę cię prosić, żebyś został? Omówimy jeszcze kilka szczegółów.
Z jednej strony-totalnie załamany. Ale z drugiej pojawił się płomyk nadziei. Tak malutki jak iskierka w ciemności. Ten scenariusz się jeszcze nie wydarzył, a skoro można działać po swojemu manipulacjami, to może wpłynie na Roberta i wykonają pracę po swojemu? Wrócił i pokornie postanowił się przyznać do błędu.
Praca dziś sprawiała, że uczucie rozdarcia i załamania się potęgowały. Z jednej strony ładowałem trutkę dla ludzi, żeby drony mogły rozpylać coś, od czego ja się uodparniałem biorąc znalezione tabletki. Z drugiej strony zacząłem zauważać jak pewne procedury mnie ograniczają. Skoro to i tak trutka i wkładam proszek do dornów po to, żeby koncentrat rozpylić do atmosfery, to po co mi maska? Sprawiało mi to dużo satysfakcji, i dostrzegłem, że robię postępy, i wykonuję swoją pracę coraz szybciej. Nim się obejrzałem miałem już gości w miejscu pracy.
-Cześć Rob, jak miło cię widzieć-postanowiłem przywitać go najlepiej jak umiałem, mając świadomość, co muszę mu zaraz przekazać.
-Cześć Robert, poznaj Marinę. Od kilku dni jednak będziemy musieli razem pracować. Jak minął weekend z rodzinką? Szczerze powiedziawszy martwiliśmy się o ciebie przez wzgląd na różne wydarzenia.
-Weekend minął dobrze do wczoraj. Bożena wie, że jestem buntownikiem i biorę uodparniające leki. Nie była na mnie zdenerwowana, wręcz przeciwnie. Chce, żebyśmy się pogodzili. Szuka sposobu, żeby buntownicy weszli w skład rządu i tym samym ocalili siebie przed masową rzezią, i zakończyli tą bezsensowną walkę.
I teraz nastała tak dziwna scena, że nie mogłem odnieść wrażenia, że słyszę cudze myśli. Grymasy jakie pojawiły się na twarzach zdawały się mówić: ale jak to? Dlaczego? Co on w ogóle gada? Czy to jest możliwe? Postanowiłem więc wyrwać ich z tego braku pewności.
-Naprawdę, to co powiedziałem to najszczersza prawda. Nie kłamię.
-Ja wiem, że nie kłamiesz, ale coś mi tu mocno śmierdzi-powiedział Rob.
-Nie rozumiem twojej niechęci Robercie-zobaczyłem jak Rob się krzywi w niesmaku jak wypowiada jego pełne imię, bo jak rozumiem, zwraca się do niego-wczoraj to przerabialiśmy. Sam powiedziałeś, że już rozumiesz jaki jest cel całej tej misji.
-A nie wydaje ci się to dziwne, że w weekend ktoś zabił Barta, potem rozpłynął się w powietrzu, a w chwili, kiedy władza ma na talerzu takiego gościa jakim jest Robert-tu wskazał na mnie-to zdejmują białe majtki i chcą pokoju? Nie Marina, nie trzyma mi się to kupy, ani niczego innego.
Nastała cisza. Każdy patrzył się na siebie. Marina jakby zamyślona odeszła parę kroków na bok hali. Trzymała jedną ręką łokieć, a tą drugą trzymała się za brodę. Ewidentnie kombinowała co zrobić. Rob jakby nie mógł wyjść z wrażenia po tym co usłyszał ode mnie. Rozumiem, że się dowiedział osobiście, że Bart nie żyje. Sam od porządkowania tego w głowie dostałem zawrotów. A kiedy szedłem w stronę poręczy, żeby nie upaść, poczułem jak dostaję łopatą w głowę.
Rob patrzył na zataczającego się jakby od alkoholu Roberta, który w jednej chwili upadł do tyłu na plecy uderzając głową z mocnym hukiem. Po chwili zaczęła pojawiać się plama krwi wokół głowy mężczyzny odzianego w uniform chroniący go od zapewne wysokiego stężenia trutki. I wtedy do niego dotarło.
-Marina!
-Co się stało?-jak się odwróciła zapiszczała cicho-ojej…
-Marina! Maski ochronne! Weź głęboki wdech jak nie chcesz skończyć jak on!