Miasto Marzeń-część 7



-Od kiedy jesteś świadomy?-zapytała moja żona kiedy siedzieliśmy przy stole w porze obiadowej. Dzieci obojętnie jak zwykle patrzyły w talerz z papką i kończyły konsumpcję. Pytanie jakie mi zadała zbiło mnie z tropu. Totalnie się go nie spodziewałem. Opanował mnie wstyd, jeśli to w ogóle właściwe słowo. „Wstydzimy się, jak ktoś dowie się o czymś, czego nie chcieliśmy innym wyjawić”-tak mówił podręcznik, jaki otrzymałem tego pamiętnego dnia w pracy. Ta z kartką, żebym przestał jeść lekarstwa. Zauważyłem wczoraj wieczorem, że mogę nauczyć się nie mówić prawdy. Stanąłem przed lustrem, spojrzałem sobie w oczy i powiedziałem-„jesz dalej te same tabletki, wszystko jest w porządku, nie musisz się o nic martwić”-i poczucie bólu brzucha i dyskomfortu w poruszaniu się minęły. Jednak po chwili sobie uświadamiałem, że to chwilowe. Bo mózg nie dawał mi zapomnieć o tym, że grozi mi coś złego, przez to, że wiem.
Od rana czułem się jakoś dziwnie. Jednak czułem się spokojniejszy, bo nasza ostatnia rozmowa z Bożeną była przyjemna. Poza tym przez tyle lat jak jesteśmy razem nigdy nic się nie działo niedobrego. Dlaczego miałaby teraz mi grozić?

-Nie próbuj kłamać Skarbie-uśmiechnęła się, ale coś mi podpowiadało, że za uśmiechem kryje się coś negatywnego.
-Nie wiem o czym mówisz…
-Dzieci!-krzyknęła tak niespodziewanie, że podskoczyłem, i ucieszyłem się, że przed chwilą byłem w łazience, bo bym musiał zmieniać spodnie-Macie iść do swojego pokoju, podłączyć się do komputera i w coś pograć, zrozumiano?
-Tak jest-odrzekły obojętnie dzieci i odeszły od stołu.
-Od kiedy taki wrażliwy się zrobiłeś na krzyki, co? Do tej pory jak krzyczałam w domu, na nikim nie robiło to wrażenia. Gadaj od kogo masz tabletki. Od Bartka czy od Mariny? Już zresztą nic nie musisz mówić. Trzeba się zastanowić jak to upublicznić wszystko. Nie wyglądasz mi na takiego co by chciał przewrócić system w stylu Mariny. Więc zapewne Bart i jego ludzie cię wciągnęli.
-Tak. Nie chcesz nam pomóc, prawda?
-Posłuchaj koleś uważnie, bo dwa razy nie będę się powtarzała. To co tu się dzieje, mam na myśli tu w Olsztynie, to ewenement na skalę kraju. W każdym Państwie członkowskim utworzono tak zwane: Miasto Marzeń, w którym będziemy robić z ludzi warzywka. Jak widać wyraźnie po ponad 20 latach nadal nie możemy sobie poradzić z naturalną potrzebą ludzi do prowadzenia sensownego życia i mimo to, że większość buntów, jakie tu się działy dało się w miarę szybko stłamsić, to teraz szykuje się nieuchronna porażka. Wiedzą to wszyscy. Ja jednak mam plan, jak uratować wygodne życie szlachty i beztroskie, bezproblemowe i najtańsze życie takiej masy ludzi. Potrzebujemy tylko jednego śmiałka, który obecnym buntem zawiaduje, a ostatecznie się nawróci. Musisz zasiać w tych wszystkich buntownikach ziarno bezradności. Jesteśmy gotowi wpuścić wszystkich do partii, tylko się nawróćcie. Śmierć Barta na niewiele i tak się zda.
Poczułem się strasznie. W jednej chwili wszystko się odwróciło. Bart nie żyje? Ciekawe co z Robem. Czy ma to sens wszystko?
-Daj mi czas do namysłu.
-Masz tu bezprzewodowe słuchawki i odtwarzacz. Mi w przyswojeniu nowych wiadomości pomaga muzyka. Włóż te małe kwadraciki do ucha-wstała od stołu i delikatnie włożyła jakiś plasticzek do ucha. Potem gładko wzięła moją twarz w ręce, przekręciła tak, żeby patrzeć mi z bliska w oczy i powiedziała głośno podając coś plastikowego wielkości kostki czekolady-wciśnij na trójkącik, żeby włączyć a na kwadracik, żeby zatrzymać!
Wcisnąłem i poczułem pierwszy raz coś tak fantastycznego. Wstałem od stołu i poszedłem położyć się na łóżku, żeby móc przyzwyczaić się do tego nowego doznania, nowych sytuacji.
No właśnie. Co teraz?
-Nie ma nikogo! Jesteśmy bezpieczni-powiedziała Marina wchodząc do sypialni Barta. Ja w tym czasie przeszukiwałem osobiste rzeczy naszego lidera, który został brutalnie zamordowany. Jak ktoś mógł dopuścić w mieście sprawiedliwości i prawości do takiej zbrodni? Ta myśl nie dawała mi spokoju.
-Chodź do piwnicy. Pomyślimy co zrobić z Bartem... i co dalej.
Ukryłem dziennik Barta w wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki, którą nosiłem. Notes znalazłem pod poduszką w sypialni, i ledwo zdążyłem go schować przed wejściem Mariny. Nie wiem jakie ma zamiary, więc postanowiłem być ostrożny.
Kiedy zeszliśmy z powrotem do piwnicy okazało się, że ciała Barta już nie ma. Usiedliśmy więc na podłodze w nadziei, że nikt nas tu nie słyszy i nie widzi, i będziemy mogli o wszystkim sobie powiedzieć. Marina opowiedziała mi całą historię jak poznali się z Bartem, jak budzili innych, którzy się teraz ukrywają i jak doszło do podziału między nimi. Argumenty jakimi się posługiwała Marina totalnie do mnie nie przemówiły i cieszę się, że Barta nie omamiła blond kobieta o dziewczęcej twarzy, pięknych oczach i rzęsach długich na kilometr. Głos też miała naprawdę wspaniały. Ale gadała głupoty. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo chcieli otwartym buntem, zamachami stanu i rozpowszechnianiem agresji zwrócić uwagę ONZtu. Po prostu tego nie rozumiem. Wtedy Bart też tego nie rozumiał, ale od kilku tygodni niby zmienił zdanie. Podobno weszli w posiadanie jakichś zapisków poprzednich „obudzonych”, których odkryli i zabili. Przekazali dla kolejnych sensowny plan na rozwiązanie tego od środka. Trzeba doprowadzić do ugody pomiędzy władzą a buntownikami, wprowadzić swoich do środka, i wtedy od środka zrobić taki bum, żeby wszyscy dostrzegli, że Miasto Marzeń to bzdurny pomysł na walkę z pogarszającą się sytuacją na świecie. Niestety, skoro Bart na to przystał, muszę jej pomóc w jej planie. W tej chwili poczułem ogromny ciężar notesu, który nosiłem w kurtce. Czułem, że to klucz do zwycięstwa.
Po sesji muzycznej, w której doznawałem synestezji zmysłów o której do tej pory tylko czytałem w książkach, wstałem i zorientowałem się, że minęło 5 godzin. Wiedziałem, że trzeba rozmówić się z żoną, i znaleźć Roba. Rob będzie wiedział jak mam się zachować. Mam nadzieję, że wie już o tym, że jego bliski przyjaciel nie żyje.
Bożena jak tylko mnie zobaczyła podeszła bardzo blisko i pocałowała mnie w policzek.
-Dzień dobry śpioszku-powiedziała z takim uśmiechem i radością w głosie, że nie mogłem uwierzyć, że to moja żona-jak tam, udało się poukładać w główce ten nowy scenariusz wydarzeń?
-Muszę spotkać się z…-czy ja powinienem jej mówić jak Rob ma na imię. Zatrzymałem się na chwilę i dostrzegłem, że moja żona się szerzej uśmiechnęła, a po jeszcze chwili-parsknęła.
-No już nie zdradzaj mi z kim-zaśmiała się jeszcze i mnie przytuliła. Poczułem jakbym kiedyś już tego doświadczył. Jakbym śnił o tej chwili od dawna.
-Czy możesz dać mi pieniądze?
-Co!?-wykrzywiła brwi i usta w grymasie, jakiego dotąd nie widziałem-a po cholerę Ci pieniądze w socjalistycznym miasteczku!?-wykrzyknęła.
-Potrzebuję...hmm, sam nie wiem jak dużo. Ale potrzebuję. Dasz mi?
-Hmm-mruknęła coś pod nosem i poszła do walizki, która leżała pod jej szafą. Kiedy ją otworzyła zobaczyłem, że cała jest wypełniona banknotami. Wzięła złożony plik banknotów i podała do ręki-Każdy ma wartość 500 zł. Masz ich w tym pliku sto więc łącznie masz pięćdziesiąt patyków. Chyba Ci starczy, co?

Wzruszyłem tylko ramionami i chwyciłem pieniądze. Faktycznie nie przedstawiały teraz żadnej wartości, bo w stołówkach przydzielano posiłki, a produkty żywieniowe lądowały codziennie pod każdymi drzwiami. Ubrania się brało ze sklepów tyle ile było potrzeba i takie jakie pasowały.

-Nie musisz jutro iść do pracy Kochany. Tylko błagam Cię-wstała od walizki i podeszła znowu bardzo blisko-błagam Cię. Tylko żeby Ci żadna głupota nie strzeliła do tego dekla, dobra?-i pacnęła mnie w głowę.

Oszołomiony i przestraszony pokiwałem tylko głową na zgodę. Zmieszany i rozdarty włożyłem buty i wyszedłem z mieszkania żony. Wrócę tu następnym razem za miesiąc. Ale z Bożeną pewnie spotkam się szybciej.