Miasto Marzeń-część 4



-To co nas dzieli od tych małp w hali, to umiejętność korzystania z mózgu. Dobrze, że zacząłeś z niego korzystać bracie-poklepuje mnie po ramieniu nowo poznany kompan, i już zdążyłem go polubić. Staliśmy w małym schowku na mopy, wiadra z wodą do mycia podłóg i inne akcesoria do sprzątania. Chyba tym się zajmował mój nowy kolega.
-Lubię cię, jak się nazywasz?-na te słowa wybuchnął rechoczącym śmiechem. Posmutniałem.
-Wybacz, ale naprawdę mnie rozbroiłeś Robert-wziął głęboki oddech-nazywam się tak samo jak ty, tylko mnie wszyscy nazywają Rob. Tak jest krócej i też jak jest mowa o tobie to mówimy Robert, a jak o mnie to Rob. Taka różnica.
-Mówicie o mnie? Zaraz. Czy to nie ty mi podrzuciłeś tą książkę? To ty napisałeś, żebym wymiotował po tabletkach a zacznę lepiej się czuć!-ogień w głowie i wnętrzu nie pozwalał się opanować. Zacząłem machać rękoma i na zmianę cieszyć się i denerwować. Jakbym doznawał wstrząsu anafilaktycznego. Jak tylko z tym skojarzyłem swoje napady paniki zacząłem się uspokajać.
-Nie mamy dużo czasu. To co musisz wiedzieć jest na tych stronach. Czytaj to tylko w łazience.
-To ty zabiłeś doktora?-nie wiem dlaczego, ale usta same postanowiły przemówić bez udziału mózgu. Może to podświadomość pobudziła mnie do tego, żebym zadał to pytanie.
-Nie, to drugi szczep organizacji buntowników. Długa historia, ale w skrócie to było tak, że najpierw było ich dwóch, potem było ich dwudziestu ale przewodziło nimi tamtych dwóch. Potem się pokłócili i jedni od tego pierwszego zabijają i sieją panikę budząc nowych, a drudzy budzą poezją i bardziej pokojowo. Nie przeszkadzamy sobie, ale policja ma tamtych na oku, a o nas nic nie wiedzą. Czaisz?
Z tego co mówił nie zrozumiałem ani słowa. Proste słowa, ale nie rozumiałem przesłania tej historii. Dlaczego została mi opowiedziana. W tym czasie patrzyłem na jego szczurzą twarz. Rob. Jakie jest prawdopodobieństwo, że spotka się dwóch Robertów w bibliotece pełnej ludzi, i że on stojąc pół kilometra ode mnie będzie dla mnie widoczny, i że ja zdecyduję się do niego iść. To chyba tak jakby dwa gołębie miały się zderzyć na drodze po niebie.
-Nic nie czaisz, co?-pokiwał z dezaprobatą Rob i dodał-przeczytaj to przyjacielu, tylko tak jak mówiłem, tylko w łazience to wyjmuj zza pazuchy.
-Dobrze, rozumiem. Dziękuję za poradę-odparłem grzecznie, bo chyba tego wymagał swoim poddenerwowanym tonem głosu.
-To my ci będziemy wdzięczni, jak wypali nasz plan, którego jesteś częścią. Udawaj jakbyś wcinał stare tabletki. Przypatrz się tym wszystkim ludziom…
-Tylko ja mam dwie sprawy. Jedna jest taka, że od jutra do niedzieli będę u żony i dzieci. Muszę z nimi brać tabletki. Tak będzie trzeba zrobić bo jak rozpoznam, które są moje a które ichne? No i druga sprawa, że chcę podzielić się swoimi nowymi tabletkami z obcą kobietą, którą widziałem dziś w bibliotece. Chyba do niej czuję miłość.
Rob był zaskoczony. Patrzył na mnie i ruszał ustami jakby zaraz miał coś powiedzieć ale znowu się powstrzymywał. Po kilkunastu sekundach milczenia podrapał się po głowie, na której miał czapkę i westchnął ciężko.
-Dobra, jak po przebudzeniu się i na dobranoc będziesz brał nowe tabletki, a w ciągu dnia będziesz przyjmował tabletki razem z rodziną to nic się nie stanie. Wyjdzie to na zero. Jeśli jednak wydasz się swojej żonie, to po tobie chłopie. Twoja żona jest straszna.
-Ja ją lubię-wzruszyłem ramionami. Zajmowała się polityką i pewnie dlatego nie wzbudzała miłych skojarzeń w głowie Roba.
-Stary, lepiej uważaj tam. Jak będziesz miał do niej iść to weź tylko tyle tabletek, żeby przeżyć. Idziesz na pewną śmierć. Ma się wypowiedzieć niedługo o śmierci doktora Winslowa, od którego masz tabletki nowe. Ma też wydać werdykt o ustawie NEW CITI, czy projekt którego jesteśmy częścią będzie używany w reszcie  świata. Nie możesz pisnąć słówkiem, ani dać jej się przejrzeć. Umiesz dochować tajemnicy?
Na to słowo cały otrzeźwiałem. Jakby to co mój mózg wychwycił z tego ostatniego wywodu o tajemnicy stanowiło coś najważniejszego. Sprawa priorytetowa i znacząca. Do tego muszę się też przygotować, postanowiłem. 

Chwilę później byłem już w drodze do domu, a słońce jakby zaświeciło z pełną mocą i całym sobą przyjąłem jego ciepło. Czułem, że jestem w posiadaniu czegoś wyjątkowego za pazuchą marynarki. Wszystko wydało się jakby podejrzane dookoła, i czeka tylko, żeby wydobyć ode mnie to co mam w głowie, w mózgu. Jak nie dać się im. Jak nie pokazać tego co wiem?