Kiedy nagle pojawił się w domu, wszyscy byli przerażeni.
Pies chował się pod biurkiem gdzie było jego miejsce schronienia. Można było Rexa
tam znaleźć kiedy nabroił, pamiętam, że jak narobił na dywanie i wtedy „on” też
się pojawiał, to Rex się chował pod biurkiem. Zawsze kiedy świeciło słońce,
była ładna pogoda i nawet wszystko się układało to wchodził ten „duch” i
przejmował kontrolę nad wszystkim. Przez lata oskarżałam siebie za to, co się
działo w domu. Jednak teraz wiem, że tak musiało być. Kiedy rozlałam mleko,
przyniosłam jedynkę ze szkoły, albo zwyczajnie nie chciałam zrobić czegoś co
rodzice mi kazali wchodził w nasze życie jak cień, przykrywający wszystko co
dobre. Wszystko traciło kolory, i
człowiek jakby chciał szukać tylko tego co złe.
Kiedyś prosiłam Tatka, żeby wypędził tego „ducha” z domu.
Błagałam go, żeby się go pozbył, żeby mama, siostrzyczka i ja nigdy więcej nie
płakały. Wtedy tylko na mnie spojrzał z tym ognistym, pełnym niezadowolenia
wzrokiem i prychnął. Jakby był z tym duchem w zmowie. Z czasem słońce przestało pojawiać się w
naszym domu. Czasami jak ktoś przychodził do naszego domu to zaraz kiedy poczuł
chłód z niego bijący, i zobaczył brak kolorów, niedopijał nawet herbaty i
uciekał. Epidemia szerzyła się po okolicy, bo tak samo zimno było zarówno u Królikowskich
z naprzeciwka i u Oliwki, przyjaciółki z klasy też tak było. Stare wspomnienia
o kolorach zdawały się tylko dziecięcym marzeniem. Wspólne kłótnie, siedzenie w
ciszy przy telewizorze, obiady pełne wymiany uwag do siebie nawzajem już
stawały się standardem. Duch panował w domu, a my jak te kukły poddawaliśmy się
mu bez gadania. Myślałam przez lata, że tak właśnie powinno się czuć w domu. Do
czasu poznania się z Łukaszem.
Kiedy zaprosił mnie do siebie na obiad poczułam na twarzy
ciepło. Przypomniałam sobie jak to było kiedyś. Rodzina nie wytykała sobie
błędów przy wspólnym posiłku. Chwalili przy stole Łukasza za to, że się uczy
fachu ojca, który z uśmiechem przytakiwał.
Siostrzyczka Łukasza uśmiechała się do wszystkich i każdy jej ten
uśmiech odwzajemniał. Mama, do której każdy zwracał się „Mamuś”, pytała czy mi
smakuje i czy może mi coś jeszcze dołożyć do jedzenia. Powiedziała mi, że
jestem przepiękną dziewczyną i jest jej bardzo miło, że może mnie poznać. A ja
tylko się dziwiłam po co ta farsa. Kiedy wszyscy mogliby szczerze sobie wygadać
co mają do siebie nawzajem, to sobie słodzą. Wracając do domu, nie mogłam wyjść
z podziwu nad tym co zobaczyłam w tamtej rodzinie, i zastanawiałam się, co jest lepsze szczerość, czy pokój…
Komentarze
Prześlij komentarz