Policjant, który nie żył-publikacja opowiadania

Witam,



Postanowiłem podzielić się z Wami opowiadaniem napisanym na potrzebę konkursu. Warunkiem było skończone opowiadanie na 10 stron A4. Zapraszam do podzielenia się opinią w komentarzu na temat opowiadania. Miłej lektury.
CZĘŚĆ 1
Obudziłem się. Głowa mnie boli i nie wiem do końca, czy wszystko mam na miejscu. Nie wiem, czy powinienem otwierać oczy. Kiedy już się zdecydowałem, wszystko widziałem jak za mgłą. Podobnie pamiętam wczorajszy wieczór. Po zakończeniu dochodzenia świętowałem z moim kolegą/współlokatorem Marcinem. Ktoś obok mnie leży. Ma odwróconą głowę, więc nie wiem, czy ją znam, ale miała blond włosy. Przypominam sobie jedynie obleśne wspomnienie z wczorajszego dnia, kiedy odnaleźliśmy porwaną dziewczynkę na kolanach pedofila. Nie wiem ile już spraw kończy się w taki sposób. Wiem jedno, mam już serdecznie dosyć tego wszystkiego. Przed wieczorem spędzonym w klubie jestem pełen nadziei i radości. Potęguje się te wrażenie szczęścia z każdym przechylonym piwem albo szotem. Rano jednak zawsze wraca uczucie beznadziei i straty kolejnego dnia. Bo dziś na pewno nie zmotywuję się do zrobienia niczego sensownego. Dzwoni telefon. Blondynka chyba drgnęła, ale oprócz tej jednej reakcji, można by było wziąć ją za martwą.
-Andrzej Tkaczyk, biuro dochodzeniowe, w czym mogę pomóc?-formułka wypowiedziana przepitym głosem na pewno nie wzbudzi zaufania.
-Dzień dobry-powiedziała i zrobiła pauzę. I niemal jednocześnie ja zapytałem, w czym mogę pomóc, a ona powiedziała, że musimy się spotkać. W końcu jedno z nas ustąpiło.
-Proszę bardzo-zaśmiałem się cicho.
-Przepraszam-znowu dłuższa pauza, ale dałem jej trochę czasu-więc, musimy się spotkać. Stałam przed drzwiami do pana biura, ale chyba pana tam nie ma, prawda? Tak w ogóle to jestem Renata.
Spojrzałem na zegarek i zobaczyłem, że jest kwadrans po południu. Otwierałem biuro o 10. Tłumaczyłem się zawsze, że jestem w jakiejś sprawie w terenie, ale teraz było mi wszystko jedno, więc odpuściłem sobie kłamstwa.
-Miałem ciężką noc i zaspałem. Za 20 minut przyjadę na miejsce i porozmawiamy. Proszę mi powiedzieć, czego dotyczy sprawa.
-Mój mąż został zraniony i zmarł wczoraj. Musi mi pan pomóc doprowadzić do rozwiązania sprawy którą rozpoczął.
Pomimo tragicznego chaosu w pokoju, w głowie i w łóżku uśmiechnąłem się, bo może coś się dziś zmieni. Może od dziś moje życie już nie będzie pozbawione sensu. Jadąc, zastanawiałem się, jak wyglądał mój wczorajszy wieczór i chyba coraz więcej do mnie trafiało. Wykorzystałem słabość dziewczyny, która rozstała się ze swoim mężem. Chciała przygody, jakiej wcześniej kilkakrotnie zaznał jej mąż, a ona to odkryła. Za sprawą innego detektywa. Nie ujawniałem tego, że sam jestem detektywem. Powiedziałem, że jestem pracownikiem banku i mam bardzo poukładane życie. Tym i innymi kłamstwami zapewniłem ją, że ode mnie zazna więcej stabilności niż zapewniał jej były mąż i zaciągnąłem ją do siebie. To ona leży teraz w moim mieszkaniu i zapewne płacze, że dała się zwieść i znowu dała się wykorzystać. Może w końcu znienawidzi męski ród.
Renata stała wiernie pod drzwiami i czekała. Przywitałem się i otworzyłem biuro. Była niska i szczupła. Szczególnie na twarzy była chuda, ale zdrowo wyglądała. Może coś trenuje albo przynajmniej dba o figurę.
-Musi pani regularnie ćwiczyć, skoro ma pani taką figurę-siedzimy w biurze. Ja za biurkiem, ona przede mną. Na biurku wkurzający prezent od mamy, tykające kulki mylnie dowodzące, że moim poukładanym życiem nic nie wzruszy. Nic bardziej mylnego. Może to zdanie to nie najlepszy sposób rozpoczęcia rozmowy, zważywszy na jej status wdowy od wczoraj.
-Co?-oderwała wzrok z podłogi jakby tam oglądała swój ulubiony serial, którego główna bohaterka właśnie miała przeżywać miłosną przygodę. A ja jej w tym przeszkodziłem-Proszę wybaczyć, ale jestem w fatalnym stanie. Musi mi pan pomóc.
-Niech pani w takim razie zacznie mówić-oj, trochę za ostro-Przepraszam, ale muszę coś więcej wiedzieć, żeby móc jakoś pomóc…
Rozpłakała się. Masz babo placek. No i co narobiłeś? Panuj nad sobą koleś.
-Pani Renatko, spokojnie. Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pani pomóc.
-Dobrze, postaram się. Więc to było tak.
I zaczęła. Jak to zwykle bywa przy pierwszych spotkaniach, trochę jej zajęło omawianie tej sprawy. Trochę płakała, trochę mówiła, czasami jak próbowała płakać i mówić jednocześnie to się krztusiła. Chodzi o to, że jej mąż Marek był policjantem. Mieli córkę, która zaginęła parę lat temu. Kiedy byli na placu zabaw, pozwolili córeczce bawić się z innymi. Kiedy biegały po osiedlu nic im nie groziło. Rodzice spokojnie mogli oddać się rozmowie z sąsiadami o podwyżkach w czynszu i strasznych informacjach z telewizji. W pewnym momencie do swoich rodziców przybiegło każde z dzieci. Tylko Paulinka nie przybiegła. Dzieci mówiły, że ktoś ją zabrał. Od tamtej pory Marek ubiegał się o awans w kierunku spraw związanych z porwaniami albo z narkotykami.
-Co Pani powiedział wczoraj?
-Jego prywatne dochodzenie w sprawie porwania.
-I wszystko Pani opowiedział mając ranę ciętą na brzuchu?-spytałem z odrazą na widok, wytwarzający się w mojej wyobraźni.
-Tak-odpowiedziała dumnie-Mój Mareczek to był niesamowicie uparty człowiek. Szczególnie, kiedy w grę wchodziło czynienie dobra.
Karetka przyjechała o 21:15, ale już od ok dwóch minut Marek nie żył. Wychodzi na to, że jego opowiadanie zajęło mu około 30 minut maksymalnie. Nie rozumiem więc, dlaczego Renacie zajęło to aż godzinę. Podała mi notes, w którym były notatki z jego śledztwa. Jego śledztwo rozpoczęło się od skojarzenia zaginięcia córki z człowiekiem, u którego wcześniej znalazł narkotyki. Nie wiedział, dlaczego córka może mieć z tym coś wspólnego, ale był pewien, że jak dostanie dostawcę narkotyków, to dowie się czegoś o porwaniu córki. Nie byłoby nic dziwnego gdyby nie ilość. W plecaku oskarżonego znaleziono 3 kg narkotyków. Wartość ich przekraczała 200 tysięcy zł! To kupa forsy, a trzymał je jakiś młokos.
Kiedy Marek pokazał oskarżonemu zdjęcie córki, drgnęła mu powieka i spuścił wzrok. Przycisnął go (Renata nie wiedziała co to znaczy, dlatego powtórzyła dokładnie to samo)i dowiedział się, że w klubie PINEZQA (czyta się pinezka), są, jak to nazwał, „grubsi” dostawcy niż on. On był tylko pionkiem. Znał tą dziewczynkę, bo widział jak dorastała. Żyli w czymś w rodzaju obozu pracy. Nie w Polsce. Ma teraz 16 lat. Jakieś 2 lata temu zostali zabrani z powrotem do Olsztyna w teren. Dowiedział się, że ta dziewczyna będzie dana w prezencie Rolandowi, bossowi ich mafii. Wielkimi literami napisał jego pseudonim, albo imię: Roland.
Postanowił pójść do tego klubu. Kiedy wyłapał w tłumie ludzi wymieniających się plecakami, poszedł do tego, który wyglądał na ważniejszego. W tym momencie, kiedy Renata opowiadała te chwile, piała w niebiosa jaki mądry był jej Marek, że wiedział wszystko, co robić. Zmarnował się w Olsztyńskiej policji. Też bym szedł za bardziej wytatuowanym i bardziej zbudowanym kolesiem. Chudy to ćpunek, a przypakowany, mądrzejszy ochroniarz, czysty od narkotyków, ale wytatuowany bo należy do gangu. Takie myślenie to podstawa dedukcji, nic specjalnego. Ale nie przerwałem Renacie ani razu. Kiedy go zaatakował przed klubem nie spodziewał się, że może być uzbrojony. Pierwszy cios w głowę zwalił przeciwnika z nóg. Kiedy już siedział za „osiłkiem z klubu” (jak go nazwała Renata) dusił i zadawał pytania. Dowiedział się, że gang przemyca z Rosji ogromne ilości narkotyków. Siedzibę mają w posiadłości nad jeziorem Krzywym. Większość dostaw jest dostarczana pociągiem i od razu przemycana do hotelu Gromada, stamtąd rozprowadzają towar po całym Olsztynie. Są jedynym takim gangiem. W tym momencie Renata urywa opowiadanie.
-Co się stało dalej?
-Kiedy już Marek się wszystkiego dowiedział…-nie mogła skończyć.
-Napastnik zaatakował Marka i zrobił dziurę w brzuchu. Dobrze, że przynajmniej miał okazję zobaczyć się z tobą ostatni raz.
Zaczęła wyć. Dosłownie. Mało to miało wspólnego z płaczem, ona krzyczała i łkała.

Część druga jutro :)

Pozdrawiam
Rafau