Policjant, który nie żył część 2 ost-moje własne opowiadanie

 Witam,

mam nadzieję, że podobała się Wam pierwsza część opowiadania. Zapraszam do komentarzy :)

Poczułem ból w brzuchu. Kobieta straciła męża, który starał się odzyskać ich ukochaną jedyną córkę. W Internecie znalazłem artykuł z gazety na ich temat. Kiedy zobaczyłem zdjęcie córki, ból się spotęgował. Moje życie obraca się wokół niczego. Puste dziewczyny, imprezowanie do upadłego. Alkohol i przyjemności zabijają we mnie pragnienie czegoś więcej. Przez tą chwilę, kiedy wycie Renaty zamieniło się w łkanie i frykanie nosem, przewartościowałem swoje życie. Wstałem, zrobiłem sobie kawę. Zaproponowałem też Renacie, ale odmówiła. Przez jeszcze jedną chwilę nie wiedziałem, za co się zabrać i gdzie jechać. Czułem, że muszę wsiąść do jakiegoś pociągu i pojechać.
Podobne odczucia rodziły się w głowie, sercu czy gdziekolwiek indziej, gdzie mogą rodzić się uczucia Renaty. Chciała ruszyć z życiem gdzieś dalej. Zamknąć rozdział utraconego dziecka. Chciała zrobić to już dawno, ale Marek nie mógł tego przeskoczyć. Była lojalną żoną i wspierała męża w jego prywatnej wojnie. Jego zakończeniem pracy było znalezienie córki. A tu-znalazł sprawcę. Udało mu się. Na myśl o tym zwycięstwie poprawił jej się humor. Zakończył życie spełniony i szczęśliwy. Dopiął swego. Ona też nie miała nic sobie do zarzucenia. Detektyw błąkał się po pokoju bez celu. Zadzwonił kilka razy do różnych ludzi. Następnie zostawił ją samą w pokoju na jakieś 20 minut. Nie była zła, że jej nic nie powiedział. Kiedy wrócił wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Proszę jutro kupić Olsztyńską. Mam nadzieję, że będzie pani zadowolona z mojej pracy i poleci mnie pani znajomym.
-Dziękuję, że zajął się pan sprawą tak szybko.
-To ja dziękuję, że pani zadzwoniła do mnie. Nie chcę od pani żadnych pieniędzy-kiedy mówił, łzawiły mu oczy. Zamilkł na chwilę. Głośno wciągnął powietrze nosem i potarł go wskazującym palcem. Jakby chciał go wyczyścić, chociaż wcale nie było czego czyścić.
W tym czasie Roland jechał swoją limuzyną w stronę hotelu Gromada. Tam czekała na niego dostawa świeżego towaru i jakaś niespodzianka. Jego prawa ręka przy interesach, Rafał, wiedział, w jaki sposób powinna funkcjonować firma podziemia. Nic nikt nie wie. Zaangażowani są tylko ci, którzy są pewni, że nic nie wygadają. Kiedy dowiedział się, że zniknęło trochę towaru, polecił sprzątnąć odpowiedzialnego chłopaka. Właśnie dostał sms'a z potwierdzeniem wykonania zadania. Ciekawe tylko, czy zdążył komuś coś powiedzieć. Podobno to był jakiś szczeniak z „wymianki”. Wysyłali dzieci na szkolenie systemowe, aby wiedziały, że tylko w tym biznesie będą należycie wynagradzani za wysiłki. Oczywiście, każdy z nich wiedział, że to, co rozprowadzali niszczyło życie każdego, od przeciętnego Kowalskiego, po samych prezesów. Dlatego sami pozostawali czyści. Rafał był jednym z pierwszych wymienionych dzieci. Był też jedynym trafionym egzemplarzem. Miał wystarczająco dużo motywacji do rozkręcania biznesu w Olsztynie. Oczywiście liczyło się to z ryzykiem, bo to rodzinne miasto Rolanda. Przez ostatnie 15 lat sprawdził się w tak wielu sprawach i wymianach, że Roland ustanowił go na swojego następcę. Wdrażał go w arkana biznesu. Dziś nastał dzień, w którym go zabije i zasiądzie na tronie. Nie wiedział jednak, że krótkie dochodzenie olsztyńskiego detektywa zniweczy jego plany.
Oddział CBŚ już czekał na spotkanie. Według zeznań jakiejś kobietki z notesem zmarłego policjanta, miało dojść do wymiany więzionej dziewczyny i paczki narkotyków. Czekali w pokoju 318. W 319 czekała już dziewczyna, której przykładano pistolet do pleców, oraz dwóch wysokich łysych typków.
Komisarz Kwiatkowski zajadał się kurczakiem w momencie, kiedy jego wieloletni przyjaciel siedział obok i ze skwaszoną miną popijał kawę.
-Długo jeszcze będziemy tu sterczeli?-spytał wspólnik, jakby niedobra kawa wytrąciła go z równowagi.
-CBŚ już czeka, także dostaniemy informacje od Wojtka, jak będzie po sprawie.-Komisarz odpowiedział, jakby każde jego słowo spełniało swój cel w 100%. W tym momencie też uspokoiło to wspólnika, który wrócił do oglądania ludzi kręcących się koło dworca, od strony budki z kurczakiem z rożna. Komisarz wciągnął nosem powietrze i potarł nos, nerwowo oczekując wiadomości od Wojtka z CBŚ, ale minę miał spokojną.
Kwiatkowski czekał cierpliwie, choć do tej pory jego informator w postaci detektywa Andrzeja się nie sprawdzał. A przynajmniej nie był wiarygodny. Tym razem ze łzami błagał, żeby mu uwierzył. Powołał się na funkcjonariusza, którego dobrze znał. Marek to był niezwykły człowiek. Podziwiał go. Komisarz uwierzył Andrzejowi, bo logicznie to składało się do kupy, jednak dane mogły być wyssane z palca. Kiedy przypominał sobie ich rozmowę przez telefon wspominał, że chce doprowadzić do rozwiązania tej sprawy za wszelką cenę. Marek też taki był, za co go bardzo szanował. Z tego względu, zamiast pędzić do jego żony z kondolencjami, postanowił zająć się sprawą, którą rozpoczął, i zakończyć ją. Trochę przeraziło go jednak, że w pokoju, który obserwowali znajdowała się córka Marka-Paulina, którą przez lata poszukiwał. Teraz będzie miała z 15, albo 16 lat. Kiedy pomyślał, że jego córki mógł spotkać podobny los, zakuło go w sercu. Miał 55 lat i szczęśliwą, dużą rodzinę. Każda z trzech córek została wychowana na porządną kobietę, która wybrała porządnych mężczyzn. Każda się pobrała i ma dzieci. Kiedy od święta się widzą, komisarza napełnia duma z dobrze wykonanej pracy w domu. A kiedy siada do biura dostrzega dobrze wykonaną pracę w Policji. Czego mi do szczęścia potrzeba? Może jedyne, co chciałby poprawić, to mieć lepsze relacje z synem, który go znienawidził. Może mógł być dla niego milszy.
Po telefonicznej rozmowie z komisarzem, postanowiłem zadać parę pytań sąsiadowi. Wyskoczyłem z pokoju i poszedłem do biura rachunkowego.
-Witaj Andrzejku! Powiedz, będziesz chciał dziś sobie użyć? Mam świetny towarek tylko dla ciebie go będę miał za darmo. Dostałem fajną dostawę z…-nie mogłem uwierzyć własnym uszom.
-Skąd!?-wyrwało mi się.
-Z Rosji. Mam świetne kontakty z taką paczką. Rozprowadzają naprawdę czyściutki towarek, bez jakiegoś gówna.
-Kiedy dostawa?
-Dziś wieczorem, a co?
-Musisz mi powiedzieć gdzie.
-Nie powiem. Doniesiesz policji i zgarniesz za to honorarium, a ja zostanę z zasranym niczym.
-Przepraszam, ale nasza znajomość nie mogła się dłużej układać w ten sposób.
-Nic ci nie powiem, spadaj! Wynoś się stąd!
Krótka wymiana zdań, i wiedziałem już wszystko. Skoro dostawy przyjmowane są w Gromadzie koło Dworca Głównego, to jedyną informacją potrzebną była godzina, którą dostałem. Wieczorem. To bardzo dużo. Nie trudno będzie ich namierzyć.
Wyszedłem i zadzwoniłem znowu do Kwiatkowskiego.
-Halo?-odpowiedział z urzędniczym tonem głosu.
-To znowu ja, dziś przyjadą do Gromady wieczorem. Poinformuj kogoś z terenu, niech śledzą limuzyny które będą się tam kręciły. Nie mogą im się odkryć. Weź kogoś, kto wykona to dobrze. Możliwe, że przyprowadzą tam też córkę Marka.-głos mi się załamał. Za łatwo to wszystko się udaje. Za parę godzin wszystko będzie dopięte. Największą pracę wywiadowczą dokonał wcześniej Marek.
-Dobrze synu, tak zrobimy.-Rozłączył się, a mnie zabolało w brzuchu. Pierwszy raz nie było mi źle, że tak mnie nazwał. Prawdziwy ojciec porzucił mnie i matkę, a jeszcze wtedy Andrzej Kwiatkowski nas przygarnął. Dostałem po nim imię. Mama była ze mną w ciąży, kiedy Andrzej jej zapewnił środki do życia i mieszkanie.
Pożegnałem się z Renatą i wyszedłem z biura. Pojechałem do domu, żeby rozmówić się z przypadkową kochanką. Rozmówić się ze współlokatorem. Porzucić wszystko co by mnie wiązało z przeszłością. Stracony czas, te kilka lat, na bezsensownym egzystowaniu. Chcę, żeby moje życie nabrało znaczenia, tak jak Marka. Jego dochodzenie rozwali narkotykowy gang. Cel jest prosty, być detektywem, który pomoże społeczeństwu, przysporzy komuś szczęścia, jak Renacie, przyniesie ulgę. A przy rozmowie z innymi powiedzą: to dzięki Andrzejowi. Chcę mieć prawdziwych przyjaciół i móc obdarzyć kogoś uczuciem. Zakończyć życie jak Marek, czy też jak mój przybrany ojciec, Andrzej.
Roland wysiadł pod Gromadą z nowego Mercedesa CLS. Szedł pewnym szybkim krokiem po schodach i jakby drzwi same otworzyły się przed nim z szacunku, a nie dlatego, że musiały. Z daleka odznaczał się wielką klasą. Mówił to jego płaszcz, kapelusz, rękawiczki, pantofle. Sposób chodzenia, gesty, mina. To wszystko wymuszało na innych szacunek do tego człowieka. Za nim musieli podbiegać ochroniarze. Z nikim się nie przywitał, tylko pewnie zmierzał od razu do windy. Kiedy winda posłusznie otworzyła swoje drzwi, wszedł i spojrzał na zegarek. Była 17:58, a sekund było 30. Rozluźnił się trochę, ale nie dał nikomu po sobie tego poznać. Wychodził z windy już wolniej. Zmierzał do umówionego wcześniej pokoju. Delikatnie położył dłoń na gałce, po czym gładko otworzył sobie drzwi. Za nim weszło dwóch kolesi w czarnych garniturach.
-Witam-do Rolanda podbiegł Rafał. Niby miał dwa kroki, a musiał do niego podbiec. Uścisnął mu rękę, ale nie patrzył w oczy.
-Witaj Rafale.-Roland mówił spokojnie.-Co to za dziewczyna?
-To prezent ode mnie-dziewczyna ze spiętymi długimi blond włosami, związanymi z tyłu rękoma do krzesła i zaklejoną buzią, zapiszczała.
-A to, co miało być celem spotkania, jest gdzie?-Roland każde słowo ważył z aptekarską dokładnością, zanim wypowiedział przez spięte usta.
-W tych walizkach.-Wskazał palcem prawej dłoni, a lewą ręką sprawdził, czy pistolet ma na miejscu.
Roland nie potrafił odwrócić głowy. To byłaby oznaka braku profesjonalizmu i zaufania. Odwrócił się, wykonując dwa małe kroki, po czym lekko nachylił nad ułożonymi w stos walizkami. Było ich pięć, jak zwykle. Otworzył pierwszą i padł strzał. Musiała minąć chwila, zanim uświadomił sobie, że to do niego strzelano. Na ten dźwięk żaden z pozostałych ludzi w pokoju nawet nie drgnął.
-Myślałeś, że zawsze będziesz kontrolował interesy w Polsce? Planowałem to już od bardzo dawna.
-Wiedziałem, że w końcu będziesz chciał mnie zabić.-skulił się nad walizką pełną narkotyków. Ciężko mu było oddychać, ale mówił z tą samą klasą.
Padły jeszcze dwa strzały w stronę Rolanda. W tym momencie wpadła ekipa z CBŚ. Wykrzykując rozkazy, przygwożdżali do ziemi każdego po kolei.
W gazecie ukazał się nagłówek: „Martwy policjant rozbija groźną grupę przestępczą.”
Marek otrzymał pośmiertny medal, który odebrała jego żona, Renata.
Córka nigdy nie rozpoznała Renaty.
Koniec.